SALON ZWIERA SZEREG część 3

19/04/2012 3 komentarze

Wśród dziennikarzy podziały polityczne są właściwie głębsze niż między politykami. Politycy muszą jeszcze ze sobą współpracować, my nie musimy. Razem już nie sposób być. Seweryn Blumsztajn, 03.2012

˙

Kilka tygodni temu, drugą część artykułu pod zbiorczym tytułem „Salon zwiera szereg”, zakończyłam słowami:

–„Widać już, że blokadami i policją nie zatrzymamy ani radykalnej nacjonalistycznej prawicy, ani potężniejącej fali kibolskiej przemocy” – mówi na zakończenie swego tekstu pan redaktor Blumsztajn.
Mnie jednak intryguje konstatacja, że za pomocą blokad nie powstrzyma się już ludzi. Jakie plany i propozycje względem obchodów Dnia Niepodległości ma pan redaktor Seweryn Blumsztajn na przyszły rok, dowiemy się już za kilka miesięcy. Domyślać się można, że brany przez pana redaktora rozmach, będzie proporcjonalny do liczebności radykalnej nacjonalistycznej prawicy.

Wskazówek dotyczących rozmachu, być może udzieli nam fakt zarejestrowania przez pana redaktora Towarzystwa Dziennikarskiego, o  którym wspomniałam w pierwszej części artykułu. Towarzystwa elitarnego – z założenia jego twórców – w którym będzie unosić się śmietana dziennikarska pływająca na samym wierzchu głównego nurtu dziennikarstwa. Towarzystwa, które będzie rozdawać laurki ludziom z własnego środowiska i udzielać reprymendy dla dziennikarzy spoza niego. Towarzystwa-getta, które będzie orzekać, stanowić, wręczać i desygnować…

–♦–

Dziś, czyli 19 kwietnia 2012, premier Donald Tusk odebrał nagrodę przyznaną przez tygodnik „The Warsaw Voice”. Redaktor naczelny tygodnika Andrzej Jonas stwierdził, że premier otrzymał nagrodę:  –„za danie Polakom poczucia spokoju i bezpieczeństwa.”–
Znacznie istotniejsze jednak od nagrody, wydają się być słowa, które podczas jej odbierania premier skierował do zgromadzonej publiczności:

Żarty się kończą i głównym zadaniem polskiego rządu będzie zapewnienie takiego poczucia bezpieczeństwa wszystkim Polakom, nie tylko wobec kryzysu, ale także wobec kryzysu politycznego, którego jesteśmy świadkami. Mam nadzieję, że to uznanie, jakim jest ta nagroda, będzie dodatkową motywacją – oświadczył premier Donald Tusk.
W Polsce powstaje nowy front zimnej wojny wewnętrznej, dlatego celem mojego rządu będzie zapewnienie poczucia bezpieczeństwa wszystkim Polakom, nie tylko wobec kryzysu ekonomicznego, ale także politycznego. Słowa, które padają w ostatnich dniach, mogą mieć swoje konsekwencje (…) i ci, którzy je dzisiaj wypowiadają – mówię o tych twardych słowach czasami pełnych nienawiści i agresji, słowach, które godzą bezpośrednio w serce Polski, w taki jednoznaczny interes narodowy Polski i Polaków – te słowa mogą mieć także niestety swoje praktyczne konsekwencje. [ŹRÓDŁO]

˙

Sposobowi „przakazania” władzy przy Okrągłym Stole oraz grubej kresce, zawdzięczamy fakt, że nasze społeczeństwo jest podzielone na dwa obozy. W polityce, w pracy, na ulicy oraz w domach podczas rodzinnych obiadów mamy reprezentantów dwóch skrajnych poglądów na najnowszą historię naszego kraju. Do podziałów tych, w znaczący sposób dołożyli się dziennikarze. Ci ostatni, zauważyli i docenili ostatnio ów fakt i w trosce o siebie samych, założyli własne stowarzyszenie dziennikarskie, składające się wyłącznie z reprezentantów własnej grupy.


10.04.2012 Warszawa, około 9.00. Dziennikarze TVN24 podczas swej relacji, dokładnie pokazywali znajdujący się na drugim planie transparent.

˙

Wracając jednak do premiera Tuska. W ostatnich dniach możemy zauważyć zaostrzenie się jego retoryki. Zmienił się też sposób ramowania przekazu przez dziennikarzy. Gdy kilkanaście dni temu, rankiem 10 kwietnia, włączyłam TV i skacząc z TVN24 na TVP Info oglądałam relację z warszawskiego Krakowskiego Przedmieścia, spodziewałam się ujrzeć oddalone plany lub zbliżenia tak bliskie, że dostrzec można zmarszczki na twarzy filmowanej osoby. Ujrzałam coś innego, dziennikarz osadzony był w zgromadzonym tam tłumie i filmowany na tle transparentu, na którym jego twórca domaga się prawdy w przekazie TVN. Przyznam, że zamurowało mnie – rok temu byłoby to nie do pomyślenia, wykonywano różne manewry by tylko nie pokazać ani wielości osób na różnych manifestacjach, ani nie umożliwiać/ułatwiać przeczytania niesionych tam transparentów. 10 kwietnia 2012 nastąpiła zmiana narracji. Obowiązującym przekazem jest teraz: groźny i niebezpieczny dla zachowania spokoju w kraju tłum, podgrzewany do swych działań przez nieodpowiedzialnych działaczy politycznych urządzających seanse nienawiści mające na celu podpalić kraj, który jest wspierany przez bojówkarskich ekstremistów wyposażonych w groźne narzędzia.

Dostrzegam w tym podobieństwo do „festiwalu Solidarności” z 1980 roku.
1 lipca 1980 roku gdy po drastycznej podwyżce cen, zastrajkowano w Mielcu, Poznaniu i Lublinie. Lawinowo zaczęły narastać kolejne strajki, które dodatkowo wzmocniły manifestacje społeczne w różnych miastach. Gdy 31 sierpnia 1980 roku podpisano Porozumienia Gdańskie, nastąpiło jakby odkorkowanie butelki ze wstrząśniętego szampana – na ulicach zaroiło się od ludzi ze znaczkami Solidarność i ulotek, nie zbieranych już gorączkowo przez milicję lub SB. W szczytowym okresie związek ów liczył około 10 milionów ludzi, czyli blisko co trzeci rodak należał do niego.

Czy historia zatoczy i tym razem koło, spinając rok 1980 i 1981 z obecnymi czasami, przekonamy się już najpewniej w 2012 roku. Czy ubiegłoroczne konsultacje w BBN, upgrade przepisów dotyczących wprowadzenia stanu wyjątkowego mają być w niebawem wykorzystane w praktyce? Czy czeka nas delegalizacja PISu i zakaz zgromadzeń? Czy zasadne jest postawienie pytania, jak długo będziemy cieszyć się wolnością w Internecie? Do odpowiedzi być może przybliży nas zbliżający się Marsz w Obronie Mediów, który ma odbyć się w Warszawie 21.04.

Ubój rytualny zwierząt na terenie Polski #2

16/04/2012 4 komentarze

[ Część pierwsza artykułu; część druga artykułu (poniższa); część trzecia ]

˙

Obecnie otwiera się szeroko rynek, ogólnie mówiąc, krajów muzułmańskich dla polskiej wołowiny. Podejrzewam, że w ciągu tego roku ten rynek będzie tak chłonny, że – nie chcę prorokować – może nam zabraknąć wołowiny na rynek polski.

Główny lekarz weterynarii JANUSZ ZWIĄZEK

˙

W pierwszej części artykułu dowiedzieliśmy się, że według ustawy z dnia 21.08.1997 o ochronie zwierząt, nielegalne jest zabijanie zwierzęcia bez uprzedniego pozbawienia go świadomości. W Polsce jednak, za nic ma się prawo i w najlepsze kwitnie proceder zwany w jednych krajach halal, w innych szechita. Mówiąc w skrócie – w pełni przytomnemu zwierzęciu podrzyna się gardło by wykrwawiło się ono do cna – tak każe wyznawcom islamu i judaizmu ich religia. Osoby pragnące uzyskać więcej informacji na ten temat, odsyłam do poprzedniego artykułu.

Trzynastego grudnia 2011, duża część Polaków myślami sięgała do nocy sprzed trzydziestu lat. I tak pani Magdalena Środa pisała swój felieton o korzyściach płynących ze stanu wojennego; metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz mówił: –„Wspominanie stanu wojennego nie jest rozdrapywaniem ran, ale przypominaniem i leczeniem choroby, która wciąż trwa, bo warunkuje myślenie etyczne części naszego społeczeństwa.”– Natomiast poseł Andrzej Celiński w programie „BLIŻEJ” Jana Pospieszalskiego perorował o tym że nie ma co grzebać w papierach leżących po tajnych archiwach i przytaczać przykładów nikczemnych działań różnych prominentnych polityków lecz powinniśmy się skupić na pozytywnych przykładach i chlubnych kartach.
Nie wszystkie jednak osoby w tym dniu dywagowały o przeszłości, część z nich myślami wybiegała w przyszłość, przygotowując bazę i nadbudowę pod różne projekty…

13.12.2011, w siedzibie Głównego Inspektoratu Weterynarii, odbyło się spotkanie dwóch przedstawicieli gminy żydowskiej – Michaela Schudricha i Michaela Alpera z dwoma przedstawicielami Głównego Inspektoratu Weterynarii – Janusza Związka (główny lekarz weterynarii) oraz Michała Walczaka (specjalista w biurze prawnym GIS). [ŹRÓDŁO: http://www.wetgiw.gov.pl/files/aktualnosci/13_1-12-11-informacja-glw.pdf ]

Na spotkaniu zostały uzgodnione procedury warunków uboju i produkcji koszernej na terenie Polski. Ustalono między innymi, że:

Ustanowiony przez Naczelnego Rabina Polski pełnomocnik, otrzymuje polecenie koordynowania przebiegu całej produkcji koszernej. Bez uzyskania certyfikatu na produkcję koszerną wystawionego przez pełnomocnika i jego osobistego nadzoru nad taką produkcją, nie może odbywać się na terenie Polski żadna produkcja koszerna.
Przed wydaniem zgody na produkcję koszerną, pełnomocnik informuje Głównego Lekarza Weterynarii o ubieganiu się przez zakład o zgodę na produkcję koszerną.
Główny Lekarz Weterynarii, prowadzi listę zakładów posiadających certyfikat uprawniający do produkcji koszernej. Wpis na listę następuje po przedstawieniu przez zakład za pośrednictwem powiatowego lekarza weterynarii, kopii certyfikatu wydanego przez pełnomocnika.
Uzgodniono także procedury dotyczące produkcji koszernej z przeznaczeniem na eksport.

˙

W początkach naszej transformacji ustrojowej, podejmowane były różne działania mające stworzyć pozór legalności pewnych przedsięwzięć gospodarczych lub maskirowki, która takowe przedsięwzięcia ochraniała przed wzrokiem wścibskich dziennikarzy oraz prokuratorów. Obecnie, w czasach państwa zdającego egzamin, nie potrzebna jest taka fatyga. W instytucjach państwowych podpisuje  się dokument z definicji i już na wstępie łamiący prawo.

Ubój rytualny zwierząt na terenie Polski #1

09/04/2012 10 komentarzy

[ Część pierwsza artykułu (poniższa); część druga artykułu; część trzecia ]

˙

Obecnie otwiera się szeroko rynek, ogólnie mówiąc, krajów muzułmańskich dla polskiej wołowiny. Podejrzewam, że w ciągu tego roku ten rynek będzie tak chłonny, że – nie chcę prorokować – może nam zabraknąć wołowiny na rynek polski.

Główny lekarz weterynarii JANUSZ ZWIĄZEK

˙

Jest kilka sposobów, łączy je jedno. Zwierzę podczas uboju musi być w pełni świadome i zginąć na skutek wykrwawienia. Najdłużej trwa agonia u bydła – krowy zachowują świadomość i walczą nawet przez kilka minut od momentu poderżnięcia im gardła.

Są dwie podstawowe metody. Tradycyjnie, wiąże się nogi zwierzęciu, podrzyna gardło i czeka w bezpiecznej odległości na jego wykrwawienie. W nowoczesnej, przemysłowej wersji zwierzę zaganiane jest do metalowego bębna-klatki z otworem na głowę. Gdy zostanie unieruchomione i wystawi głowę z otworu, bęben obraca się o 180 stopni, zwierzę leży w maszynie na plecach. Pod szyją zwierzęcia znajduje się metalowa konstrukcja ograniczająca ruch głową i uniemożliwiająca jej opuszczenie – szyja wciąż pozostaje napięta, by wygodnie  podciąć gardło. Sprawnej osobie powinno wystarczyć jedno cięcie…
Po tej czynności, bęben powraca do pierwotnej pozycji. Na podłogę tryskają strugi krwi, przybierając na sile i słabnąc zgodnie z rytmem serca. Gdy agonia szamoczącego się i w pełni świadomego zwierzęcia zakończy się, cykl jest powtarzany z kolejną sztuką przeznaczoną na ubój.

˙


[rabbi.bendory.com/pix/shechita]

˙

Czas pomiędzy przecięciem głównych naczyń krwionośnych a utratą przytomności wynosi około: 20 sekund u owiec, do 25 sekund u świń, do 2 minut u bydła, do 2,5 lub więcej minut u drobiu, a czasami ponad 15 minut lub więcej u ryb. [ŹRÓDŁO]

Niektóre zwierzęta, ucieczką przedłużają swe życie o kilka minut…

˙

Ubój rytualny zwierząt w islamie nazywa się halal. Musi on spełniać między innymi następujące warunki [źródło]:

  • zwierzę podczas uboju musi być zwrócone głową w kierunku na południowy wschód.
  • jeśli w zakładzie, na linii produkcyjnej, bydło jest ogłuszane w jakikolwiek sposób, co powoduje utratę przytomności, to urządzenia powodujące ogłuszenie podczas produkcji zgodnej z systemem halal muszą być wyłączone.
  • ubój przeprowadza się ręcznie. Polega on na przecięciu żył, tętnic szyjnych oraz tchawicy. Kręgosłup powinien pozostać nienaruszony. Przecięcie pnia nerwowego odcinka szyjnego kręgosłupa zwierzęcia, dyskwalifikuje bydło z kategorii halal. Cięcie musi być szybkie i zdecydowane. Podczas cięcia wymawia się na głos zdanie w języku arabskim: bismillahi Allahu akbar.
  • czas pomiędzy przecięciem głównych naczyń krwionośnych a utratą przytomności, jak wynika z reakcji behawioralnych i centralnego układu nerwowego, wynosi 20 sekund u owiec, do 25 sekund u świń, do 2 minut u bydła, do 2,5 lub więcej minut u drobiu, a czasami ponad 15 minut lub więcej u ryb.

Ubój rytualny w judaiźmie to szechita. Zasady są zbliżone do islamskiego halal [źródło]:

  • zwierzętom przecina się przełyk i arterie jednym cięciem przy użyciu specjalnego noża, odmawiając stosowną modlitwę.
  • zwierzę nie może zostać wcześniej pozbawione świadomości poprzez ogłuszenie jakąkolwiek z dostępnych metod.
  • zabijający (szochet) musi być fachowcem, pobożnym i wykształconym w swojej dziedzinie, dorosłym mężczyzną.
  • nawet przy fachowym, zgodnym z zasadami koszerności zabijaniu pięć przyczyn powoduje niekoszerność mięsa: szehija – zbyt powolne posługiwanie się nożem z przerwą lub zawahaniem, derasa – cięcie połączone ze zbyt dużym naciskiem, chalada – nadmierne wbijanie noża nim rozpocznie się cięcie, hagrama – ześlizgnięcie się noża z właściwego miejsca i ikkur – czyli rozdarcie tkanki, zamiast jej przecięcia.

–♦–

Czy ubój bez uprzedniego pozbawienia świadomości zwierzęcia, jest dozwolony w naszym kraju?

Ustawa z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt:

Art. 1. 1. Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę.
Art. 33. 1a. Uśmiercanie zwierząt może odbywać się wyłącznie w sposób humanitarny polegający na zadawaniu przy tym minimum cierpienia fizycznego i psychicznego.
Art. 34. 1. Zwierzę kręgowe w ubojni może zostać uśmiercone tylko po uprzednim pozbawieniu świadomości przez osoby posiadające odpowiednie kwalifikacje. (..) 3. W uboju domowym zwierzęta kopytne mogą być uśmiercane tylko po uprzednim ich pozbawieniu świadomości przez przyuczonego ubojowca.
Art. 35. 1. Kto zabija, uśmierca zwierzę albo dokonuje uboju zwierzęcia z naruszeniem przepisów art. 6 ust. 1, art. 33 lub art. 34 ust. 1–4 podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności
do lat 2.

W ustawie o ochronie zwierząt skreślony został art. 34 ust. 5 dający możliwość odstąpienia od obowiązku ogłuszenia zwierzęcia przed jego ubojem (na przykład z powodów religijnych). Tym samym, obowiązek ogłuszania ma charakter ustawowo normatywny. Ustawa zmieniająca weszła w życie z dniem 28 września 2002r. Wraz z nią, wykonywanie ubojów rytualnych na terytorium Polski stało się prawnie nie dopuszczalne.

9 września 2004 r. pojawia się rozporządzenia Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi:

& 6 Zwierzęta jednokopytne, przeżuwacze, świnie, króliki i drób dostarczane do ubojni w celu uboju przemieszcza się w sposób określony w załączniku nr. 1 do rozporządzenia.
& 8.1 Zwierzęta, o których mowa w & 6, przed ubojem niezwłocznie ogłusza się przez zastosowanie:
1) urządzenia z zablokowanym bolcem lub
2) urządzenia udarowego lub
3) elektronarkozy lub
4) dwutlenku węgla lub
5) pałki w przypadku małej partii królików.
& 8.2 Przepisu ustęp 1 nie stosuje się do zwierząt poddawanych ubojowi zgodnie z obyczajami religijnymi zarejestrowanych związków wyznaniowych.

Powyższe rozporządzenie, w § 8.2 jest niezgodne z aktem wyższej rangi, które dodatkowo stanowi podstawę prawną do tegoż rozporządzenia (czyli z ustawą z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt).

–♦–

„Jedna z największych ubojni w kraju, Zakłady Przemysłu Mięsnego Biernacki, od kilku lat nastawiła się głównie na ubój rytualny. Podobno jako pierwsi w Europie mieli klatkę do unieruchamiania zwierząt. Od 8 lat produkują mięso koszerne, od 5 lat – halal. Zatrudniają specjalną ekipę 30 pracowników tylko do uboju koszernego, wyznawców judaizmu, certyfikowanych szohetów i superwizorów, którzy nadzorują ubój oraz proces przygotowania mięsa. Zatrudniają również na stałe pracowników wyznania muzułmańskiego. Na liście polskich ubojni halal, publikowanej przez Ambasadę Polską w Egipcie, jest również Animex w Morlinach (w styczniu zaprzestał uboju na mięso wołowe) i mniejsze zakłady, jak Rzeźnia Delicjusz, Zakłady Mięsne Mokobody Kraspol, Piotrex, Łuniewscy. Na ogół nie zatrudniają one na stałe muzułmanów, tylko kooperują z rzezakami licencjonowanymi przez Radę Imamów Ligii Muzułmańskiej RP. Ubój rytualny musi się opłacać, bo wciąż dołączają nowe rzeźnie. W zeszłym roku Polski Koncern Mięsny Duda (ścisła czołówka branży mięsnej), w tym roku – PPHU Kowalczyk”. [ŹRÓDŁO]

Wykaz ubojni halal na terenie Polski, które zostały zatwierdzone przez Muzułmański Związek Religijny: cairo.trade.gov.pl/en/download/file/f,8550

Na zakończenie tego tekstu, kilka „kwiatków” dokumentujących stosunek posłów do aktualnego stanu prawnego (kultury prawnej), dominacji ustawy nad rozporządzeniem oraz stosunku do praw zwierząt, humanitaryzmu oraz nacisków społecznych:

26.01.2012 Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi
Wystąpienia posła Jana Krzysztofa Ardanowskiego na posiedzeniu Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi, roku dotyczące sytuacji na rynkach rolnych, działań na rzecz eksportu i funkcjonowania funduszu promocji:

Zmiany klimatyczne powodują, że w tych krajach rolnictwo jest w stanie zaniku, ubywa ziemi uprawnej, natomiast przybywa, i to w sposób bardzo wyraźny, mieszkańców. Również setki milionów turystów, którzy odwiedzają te rejony, powodują, że do tych krajów trzeba się starać dotrzeć z produktami, naturalnie wpisanymi w ich kontekst kulturowy i religijny, to jest sprawa oczywista.
W tym miejscu chcę zwrócić uwagę, by w ustawie o ochronie zwierząt, która trafiła do Sejmu i została zgłoszona jako projekt obywatelski, resort rolnictwa bardzo uważnie pilnował zapisów dotyczących zwierząt hodowanych przez polskich rolników, jak również np. uboju rytualnego. Ustawa wprowadza całkowity zakaz uboju rytualnego w Polsce, ponieważ tego typu derogacje występują we wszystkich krajach UE. A to, czy będziemy mogli np. eksportować polskie kurczaki do krajów arabskich, zależy od tego, czy zostanie spełniony wymóg systemu halal związany wyłącznie z oceną przez uprawnionego imama i również od sposobu prowadzenia uboju właśnie rytualnego. Nad tym trzeba pracować i tego pilnować, żeby się nie okazało, że w trosce o dobro zwierząt zamkniemy sobie dostęp do innych rynków, tak jak kiedyś zrobiliśmy z tuczem gęsi i kaczek na stłuszczone wątroby, a inni się z tego cieszą.

˙

16.02.2012 Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi (nr 14)
Informacja Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi o programie polityki Rady Ministrów w stosunku do działu administracji rządowej „Rolnictwo”. Główny lekarz weterynarii Janusz Związek:

Obecnie otwiera się szeroko rynek, ogólnie mówiąc, krajów muzułmańskich dla polskiej wołowiny. Podejrzewam, że w ciągu tego roku ten rynek będzie tak chłonny, że – nie chcę prorokować – może nam zabraknąć wołowiny na rynek polski.
Chcę zaznaczyć, że w zeszłym roku Polska była numerem jeden w eksporcie wołowiny do Turcji. Praktycznie większość wołowiny wyprodukowanej w Polsce (zwierzęta były ubijane w dużych zakładach) została wyeksportowana do Turcji i innych państw muzułmańskich. W tej chwili bardzo poważnie zainteresowane są również Arabia Saudyjska i Izrael. W styczniu byłem w Izraelu i rozmawialiśmy m.in. o sprzedaży zwierząt żywych i mięsa wołowego. Biznesmeni izraelscy określili, że są w stanie zakupić u nas od 100 do 300 tysięcy sztuk zwierząt albo mięsa.

˙

Całkowity zakaz uboju zwierząt bez uprzedniego pozbawienia ich świadomości obowiązuje w Szwecji, Norwegii, Szwajcarii, Islandii, Nowej Zelandii. Dołączyć mają Holandia i Belgia.
U nas działa w oficjalny sposób kilkadziesiąt ubojni, w których wykonuje się uboju opisanego w powyższym artykule. Wygląda na to, że staliśmy się jednym z głównych (o ile nie głównym) dostawców mięsa z uboju z zachowaniem pełnej świadomości zwierzęcia, do krajów islamskich oraz Izraela. Jeśli chcielibyśmy zapewnić wyżywienie dla wszystkich wyznawców tych religii w naszym kraju, wystarczyłaby jedna ubojnia i to pracująca kilka-kilkanaście dni w roku. My natomiast, nie dość tego że ubojni tych mamy kilkadziesiąt to dodatkowo zamierzamy podnieść ilość zwierząt zabitych zgodnie z zasadami halal lub szechita do takiej ilości, że główny lekarz weterynarii obawia się iż może zabraknąć zwierząt rzeźnych dla Polaków.

ciąg dalszy

Ksenofobia Polskiego Hymnu

04/04/2012 Dodaj komentarz

Założyciel legendarnego zespołu TSA, a obecnie lider kapeli ZŁE PSY, wydał płytę. Zapewne fakt ten zostałby odnotowany przez stosunkowo wąskie grono fanów i dziennikarzy muzycznych zapuszczających się w niszowe rejony twórczości muzycznej, gdyby nie artykuł Gazety Wyborczej. Tym razem, ten kulturo-, opinio-, autoryteto- oraz trendotwórczy dziennik, postanowił po raz kolejny zmierzyć się z tematem patriotyzmu, obierając za cel swej analizy, utwór rzeczonego zespołu ZŁE PSY zatytułowany „Urodziłem się w Polsce”.

Jak powszechnie wiadomo, każdemu wolno śpiewać, a o gustach się nie dyskutuje – nie będę zatem zabierać zdania ani o warstwie muzycznej utworu, ani o treściach w nich poruszonych. To temat dla fanów i ewentualnie krytyków literackich/muzycznych. Poczułam jednak wewnętrzną potrzebę by wypowiedzieć się na temat osoby, która doszukała się w piosence „Urodziłem się w Polsce”, treści groźnych społecznie…

Marzanna Pogorzelska, nauczycielka [języka angielskiego] z Kędzierzyna-Koźla, laureatka wielu nagród za szerzenie tolerancji. – Piosenka ta jak dla mnie jest bardzo ksenofobiczna i pseudopatriotyczna. Bycie dumnym z rzeczy, na które nie mamy wpływu, jak miejsce urodzenia, jest dla mnie niezrozumiałe, podobnie jak odgrażanie się, że „ale jeszcze my żyjemy, wszystkim wkoło pokażemy”. Ten model polskości i patriotyzmu – bezrefleksyjny i poszukujący wrogów rzekomo zagrożonej polskości – jest mi zupełnie obcy – komentuje. [ŹRÓDŁO]

Postać pani Marzanny kreowanej w tekście na autorytet w temacie postaw społecznych, zaintrygowała mnie na tyle, że postanowiłam zerknąć czym zasłużyła się autorka powyższego cytatu, że dziennikarz (lub zespół redakcyjny) zaprosił ją do grona rozmówców.

Pani Marzanna otrzymała w 2008 roku nagrodę Hiacynt, która przydzielana jest przez Fundację Równości za zasługi dla tolerancji, równouprawnienia i walki z dyskryminacją. Laureatka została doceniona w kategorii OSOBOWOŚĆ 2008, za donos na samą siebie do byłego ministra edukacji Romana Giertycha, w którym stwierdziła, że wbrew jego przekonaniom głosi na swoich lekcjach zasady tolerancji i akceptacji dla inności i mniejszości. Promuje w szkole tolerancję, walkę o prawa i godność człowieka.
– Jest jedną z nielicznych osób, które siłą swojej osobowości, swoimi działaniami próbują zmienić ten świat na bardziej tolerancyjny, na lepszy – mówi Tomasz Bączkowski, prezes Fundacji Równości, która przyznaje nagrodę. – Jest, niestety, chlubnym wyjątkiem, dlatego tym bardziej warto ją docenić – dodaje.
[ŹRÓDŁA: 1; 2; 3].

Pominąwszy intrygujący temat bycia „niestety chlubnym wyjątkiem”, podążajmy dalej ścieżką nagród otrzymanych przez panią Marzannę…
Także w 2008 roku, stała się laureatką Nagrody Tolerancji, która jest wręczana w Niemczech, Francji, Polsce i Hiszpanii osobom prywatnym oraz organizacjom w uznaniu ich działań antyhomofobicznych i przeciwstawiających się mowie nienawiści w Europie. W zaszczytnym gronie polskich posiadaczy Nagrody Tolerancji, znaleźli się też: Kazimierz Kutz i Piotr Pacewicz. [ŹRÓDŁO].

Nie jest to koniec dotychczasowych osiągnięć pani Marzanny – 2010 roku, nauczycielka otrzymała  Nagrodę im. Ireny Sendlerowej „Za naprawianie świata”. Jest ona przyznawana corocznie nauczycielom szkół podstawowych i ponadpodstawowych, którzy uczą i wychowują młodzież w duchu tolerancji, poszanowania dla innych, inspirują do działań zgodnych z tymi zasadami i odgrywają aktywną rolę w szkole i społeczności lokalnej. Nagrodę w wysokości 10 tys. USD, otrzymuje jeden nauczyciel z Polski i jeden z USA.
Jak podaje kapituła, laureatka nagrody uzyskała poprzednio wyróżnienia międzynarodowe za konsekwentne edukowanie i wspieranie postaw tolerancji na przekór władzy i za zasługi na rzecz równouprawnienia i walki z dyskryminacją. Realizuje projekty edukacji wielokulturowej i edukacji na rzecz praw człowieka.
Warto nadmienić, że program konkursu nagrody im. I. Sendlerowej jest dofinansowany ze środków Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe oraz Fundacji Róży Luksemburg. Nazwa tej ostatniej pochodzi od komunistycznej działaczki znanej między innymi z podkreślania konieczności (z rewolucyjnego punktu widzenia) wprowadzania przez bolszewików wielu „środków nadzwyczajnych”. Róża Luksemburg kwestionowała też polskie dążenia niepodległościowe uzasadniając ich irracjonalność, razem z Julianem Marchlewskim zwalczała patriotyczne nurty w polskim ruchu socjalistycznym (PPS). Niektóre cytaty działaczki: „Niepodleglość Polski jest reakcyjną utopią, nie dającą się pogodzić z ekonomicznym wcieleniem Polski do państwa rosyjskiego”; „Socjalizm albo barbarzyństwo – innej drogi nie ma!”; „Kler, nie mniej niż klasa kapitalistyczna, żyje na plecach ludu – ciągnie korzyści z degradacji, ignorancji i ucisku ludu.”
[ŹRÓDŁA: 1; 2; 3; 4; 5; 6]

Mając na względzie fakt, iż piosenka zespołu ZŁE PSY ma charakter niszowy (w każdym razie miała takowy do czasu nagłośnienia sprawy przez GW), pozostaje zadać pytanie czy Pani Marzanna poczuwszy wiatr w żaglach, weźmie się może teraz za Polski Hymn naszpikowany znacznie groźniejszymi deklaracjami. Miejmy nadzieję że lewicowe,  antykościelne i antychrześcijańskie środowiska przestaną atakować różne przejawy aspektów patriotycznych lub chrześcijańskich – może okażą się tolerancyjne, antyhomofobiczne, powstrzymają mowę nienawiści i zawalczą z dyskryminacją przejawów polskości. Jeśli jednak walka na tym froncie będzie równie zażarta jak w ostatnich miesiącach, pozostaje się zastanowić jak po przepuszczeniu przez ten opacznie rozumiany przez lewicę filtr „równouprawnienia, walki z dyskryminacją, ksenofobią, mową nienawiści oraz wspierania toleracji” powinny brzmieć poniższe zwrotki:

Jeszcze Polska nie zginęła,
Kiedy my żyjemy.
Co nam obca przemoc wzięła,
Szablą odbierzemy

Przejdziem Wisłę przejdziem Wartę
będziem Polakami
dał nam przykład Bonaparte
jak zwyciężać mamy.

Niemiec, Moskal nie osiędzie,
gdy jąwszy pałasza,
hasłem wszystkich zgoda będzie
i ojczyzna nasza.

Hołota, niekoniecznie według waszej modły

01/04/2012 Dodaj komentarz

W minionym tygodniu mieliśmy wysyp interesujących epizodów podczas sejmowych debat…

Beata Kempa do premiera Tuska podczas sejmowej debaty 30.03.2012

Panie Premierze! Źle pan mnie zrozumiał, i to w trzech kwestiach. (Poruszenie na sali) Pragnę to sprostować i chcę, żeby też wszyscy ci, którzy… Dzisiaj jest dość wysoki poziom emocji w trakcie tej debaty, bo i sprawa jest niezwykle ważna.Panie Premierze! Wola narodu, tak, odwołanie do woli narodu. Powiedział pan, spytał, dlaczego nie godziliśmy się w takim razie na referendum w sprawie aborcji. Panie premierze, w sprawach moralnych, jak słusznie zwróciła panu uwagę pani profesor Pawłowicz, nie robi się referendum.

(Poseł Rafał Grupiński: Nie ma decyzji niemoralnych.)

Nie zabijaj i koniec. To jest oczywiste. Więc nie rozumiem, dlaczego pan odwołał się do tego przykładu, porównując to z tym, że pan – i tu przejdę do kolejnej kwestii – i panu podobni fundują nam naszą przyszłość według własnej modły, niekoniecznie tożsamej z waszą modłą.”– [ŹRÓDŁO]

2012.03.30 SEJM Beata Kempa o wierzeźródło audio wypowiedzi

MODŁA: modlitwa; wzorzec do naśladowania w aspekcie religii; model; sposób.

Pani Beata Kempa rozdziela (religijne?) modele postępowania jakimi ona się kieruje (a mamy niewątpliwie uzasadnione podstawy sądzić iż kieruje się ona dekalogiem chrześcijańskim), od modeli (religijnych?), którymi kieruje się premier Donald Tusk. Warto pamiętać też o deklaracji premiera z dnia 11.06.2011: –„Nie będziemy klęczeli przed księdzem.”
Przypomnę za słownikiem języka polskiego – ksiądz to duchowny chrześcijański.

W dalszej części wypowiedzi pani Beata Kempa sugeruje, że premier Tusk organizuje przyszłość Polaków według modelu, który w dodatku nie jest tożsamy z modelem (religijnym?) jakim on się kieruje w życiu. Wiedząc, że posłanka Kempa rozgranicza własne wartości (chrześcijańskie) od wartości Donalda Tuska (który zadeklarował że nie będzie klękać przed chrześcijańskim duhcownym), pozostaje zadać pytanie, jakimi wartościami (religijnymi), kieruje się pan premier?

˙

–♦–

Donald Tusk podczas swej sejmowej wypowiedzi 30.03.2012 w debacie nad referendum dotyczącym wieku emerytalnego:

Najbliższe wybory parlamentarne będą za trzy lata, a może nawet  wcześniej. Nie mówcie tego za głośno, bo ten argument będzie działał  przeciwko wam w tym, co za chwilę powiem.
(Gwar na sali)
(Poseł Iwona Ewa Arent: A może wcześniej.)
A może nawet wcześniej. W związku z tym gdybyście mieli choćby cień  wiary w to, że przekonacie Polaków do siebie, to referendum nie byłoby dla was aż tak istotne, bo za rok, jak sądzicie, za dwa, trzy lata, tak jak ja sądzę, wygracie wybory. Nie mam wątpliwości, że będziecie startowali w tych wyborach pod hasłem obniżania wieku emerytalnego i będziecie mogli to wszystko zrobić tak, jak uważacie za stosowne.
(Oklaski)
(Głosy z sali: Tak, tak.)  [ŹRÓDŁO]

2012.03.30 SEJM Tusk mowi ze jego zdaniem za 3 lata PIS wygraźródło audio wypowiedzi

Donald Tusk uważa, że PIS za dwa-trzy lata wygra wybory parlamentarne. Interesujący pogląd jak na premiera, będącego liderem ugrupowonia konkurencyjnego do PIS.

˙

–♦–

Na koniec, nie mogę odmówić sobie wypowiedzi posła Lecha Millera (debata sejmowa z dnia 29.03.2012), który tym razem wypalił celnie w ugrupowanie Ruch Poparcia Palikota:

Poseł Leszek Miller: Pierwszy krok to było wstąpienie do Unii Europejskiej w 2004 r. (Gwar na sali)
Wicemarszałek Wanda Nowicka: Przepraszam, panie pośle. Bardzo proszę o umożliwienie panu posłowi kontynuowania wystąpienia. Dziękuję bardzo.
Poseł Leszek Miller: Pani marszałek, ta naćpana hołota nie jest mi w stanie przeszkodzić, więc… (Poruszenie na sali, oklaski) (Głosy z sali: Ooo…)
Wicemarszałek Wanda Nowicka: Panie pośle, bardzo proszę o używanie adekwatnych określeń z szacunku do tej Izby. Bardzo proszę. Bardzo proszę o umożliwienie panu posłowi kontynuowania wystąpienia. A pana posła proszę o zachowywanie odpowiednich form, stosownych do tej sali.
Poseł Leszek Miller: Proszę o odliczenie czasu, pani marszałek. Otóż pierwszy krok w wejściu Polski do Unii…   [ŹRÓDŁO]

2012.03.29 SEJM Millerźródło audio wypowiedzi

Dodatkowego kolorytu tematowi dodaje fakt, że jak słychać na nagraniu audio, pani marszałek Nowicka po początkowym rozbawieniu odzywką Millera, orientuje się po chwili (wydając z siebie przeciągły wołacz „aaa…”) że jego wypowiedź nie została skierowana ku prawej stronie sali plenarnej sejmu lecz w stronę posłów RPP. Dopiero po skonstatowaniu tego faktu, pani marszałek reaguje.

UPDATE z dnia 20.04.2012:

Od tej pory, kiedy Janusz Palikot zachował się haniebnie, nie podajemy sobie rąk – powiedział Leszek Miller (SLD) na antenie TVN 24. Lider SLD tłumaczył również swoje ostre słowa w Sejmie, które skierował do posłów Ruchu Palikota. – To, że powiedziałem o naćpanej hołocie, było wynikiem zachowań grupy posłów Ruchu Palikota, którzy usiłowali mi przeszkodzić w przemówieniu. Jednym z bardziej agresywnych osobników był poseł, który 2,5 roku przesiedział w więzieniu za napaść rozbójniczą i posługiwanie się kijem bejsbolowym. On przenosi zwyczaje z więzienia na salę sejmową – powiedział Miller. [ŹRÓDŁO]

SALON ZWIERA SZEREG część 2

21/03/2012 4 komentarze

Wśród dziennikarzy podziały polityczne są właściwie głębsze niż między politykami. Politycy muszą jeszcze ze sobą współpracować, my nie musimy. Razem już nie sposób być. Seweryn Blumsztajn, 03.2012

˙

Pierwsza część artykułu zakończyła się na etapie nadziei redaktora Blumsztajna na to, jak wyglądać będzie Święto Niepodległości anno Domini 2011: –„Pójdziemy pod biało-czerwoną flagą i czerwoną też, tylko bez sierpa i młota. Może na taki marsz przyjdą również chłopcy z Antify z odsłoniętymi już twarzami. I nie będziemy się już oglądać na narodowców. Po prostu się policzymy – kogo jest więcej” – dodaje na zakończenie swego tekstu „Nasze ulice” opublikowanego w GW 19.11.2010.

12 miesięcy później czyli „Jak ich zatrzymać?”
Kilka dni przed świętem 11.11.2011, pan Blumsztajn publikuje tekst pod znamiennym tytułem „Prawdziwi demokraci udają się na cmentarz”. Przyjrzyjmy się jego słowom…
Na wstępie redaktor protestuje przeciwko symetrycznemu traktowaniu Marszu Niepodległości i kontrmanifestanów. Tych ostatnich ustawia w roli szlachetnych wojowników walczących z, jak pisze: –„coraz silniejszym nurtem radykalnej prawicy narodowo-katolickiej. Dziś przyłączają się do niego co radykalniejsi prawicowi publicyści i posłowie PiS; jutro ten nurt będzie w Sejmie współdecydował o losach Polski.” – straszy czytelnika.
„Nie namawiam nikogo do blokady” – mówi pan redaktor… Opinię, czy pan Blumsztajn namawia do udziału w  blokadzie mającej uniemożliwić pochód Marszu Niepodległości podczas warszawskich obchodów święta 11 listopada w dniu 11.11.2011, pozostawiam czytelnikom. W mojej ocenie, poniższe zdania wyczerpują znamiona rekomendacji by na blokadę się wybrać: –„Nie każdy popiera blokady, ale tylko ci »lewacy z Leninem w jednej ręce i kamieniem w drugiej« coś w tej sprawie usiłują zrobić. (..) Nie namawiam nikogo do blokady, namawiam, żeby w tej debacie zabrać głos. I niech każdy znajdzie sposób, by jego głos był słyszalny.”– Czy słyszalnym głosem sprzeciwu w ten dzień, będzie wybranie się na cmentarz czy na blokadę?
Na wszelki wypadek dodaje też, że choć w poprzednim roku dochodziło do bójek to: –„nie to jest najważniejsze, bo przecież po każdej stronie znaleźć można ekstremistów. (..) Radykalna lewica – owszem, jest, ale to mniejszość.”– Szkoda, że spostrzeżenia tego, pan Blumsztajn nie odnosi już, gdy kilka dni później około 200-300 chuliganów, będących pod względem liczebności ułamkiem procenta w stosunku do liczebności Marszu Niepodległości, wywołuje zamieszki krótko przed rozpoczęciem się Marszu.


–♦–

11.11.2011… Na apel do blokowania Marszu odpowiedziało niewielu czytelników Gazety. „Kolorowa niepodległa”, liczyła w momencie planowanego rozpoczęcia się Marszu Niepodległości o godzinie 15:00, może 1000 osób (patrz zdjęcie blokady). Zwolenników tego drugiego, przybyło na warszawski Plac Konstytucji około 10 000. Wielkość całego Marszu Niepodległości na ulicach Warszawy to już liczba kilkudziesięciu tysięcy.
W tekście „Nasze ulice” z 2010, pan Blumsztajn przedstawia swe nadzieje na to, jak wyglądać miałyby obchody w 2011: –„Pójdziemy pod biało-czerwoną flagą i czerwoną też, tylko bez sierpa i młota. Może na taki marsz przyjdą również chłopcy z Antify z odsłoniętymi już twarzami. I nie będziemy się już oglądać na narodowców. Po prostu się policzymy – kogo jest więcej”. Nie będę rozwodzić się nad tymi słowami. Biorąc pod uwagę liczebny kontrast, nie wypada tego robić (patrz „suplement audio-wizualny” na końcu tekstu).
Nie całkiem ziściły się też nadzieje pana Blumsztajna sprzed roku. Chłopcy z Antify zablokowali ulicę Marszałkowską na całej szerokości kilkudziesięciu metrów, zjawiając się tam z zasłoniętymi twarzami. Jedyne biało-czerwone flagi w grupie „Kolorowej niepodległej”, znajdowały się na ichniej platformie, otoczone tęczowymi flagami i były zawieszone by najpewniej pełnić rolę sztafażu i kamuflażu, wprowadzającego w błąd przypadkowych widzów tego spektaklu oraz osoby nie mające należytej wiedzy na temat środowiska zgromadzonego wokół Krytyki Politycznej oraz Gazety Wyborczej. Wśród samych uczestników „Kolorowej niepodległej” powiewały flagi czarne oraz czerwone.

Oto pełna treść tekstu pana Blumsztajna, opublikowanego w GW 12.11.2011, czyli nazajutrz po obchodach święta:

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Kiedy mobilizuje się stadionowych bandytów z całego kraju, to nie należy opowiadać o pokojowej demonstracji.
Kibole zjechali do Warszawy nie po to przecież, żeby się pokłonić Romanowi Dmowskiemu. Głośno krzyczeli, że chcą bić pedałów i je…ć policję. I rzucili się na policję, kiedy ich nie dopuściła do pedałów. Nie dało się tego wszystkiego zasłonić biało-czerwonymi sztandarami. Zresztą uczestnicy marszu nie palili się tak bardzo do patriotycznych symboli – ONR szedł np. pod przedwojennym żółto-czerwonym.
Politycy, którym marzy się elektorat zdyscyplinowanych kibicowskich kohort, powinni raz jeszcze przemyśleć swoje marzenia.
Inni, którzy uważali, że radykalny prawicowo-kibolski ruch to tylko kłopotliwy margines, wiedzą już, jak bardzo się mylili. Marsz Niepodległości przegrał dlatego, że pokazał swoją prawdziwą kibolską twarz, ale radykalna prawica zamanifestowała swoją siłę.
Zgromadzenie Kolorowej Niepodległej dzięki zdecydowanej i sprawnej akcji policji odniosło symboliczny sukces – obroniło Marszałkowską. I w dodatku blokujący wyszli z tego żywi. Ale widać już, że blokadami i policją nie zatrzymamy ani radykalnej nacjonalistycznej prawicy, ani potężniejącej fali kibolskiej przemocy. [ŹRÓDŁO]

Pierwsze co w powyższym artykule się zauważa, to jego wątłe rozmiary. O ile rok wcześniej pan redaktor zagłębił się w temat na przeszło pięć stron maszynopisu, to w 2011 jego tekst mieści się już na niecałej jednej stronie. To już nie są rozwlekłe dywagacje z artykułu „Nasze ulice”, w którym pan Blumsztajn syty jest poczuciem przechadzania się po zdobytej twierdzy. Tytuł artykułu z 2011 roku to dramatyczne pytanie „Jak ich zatrzymać” i nasuwa skojarzenia z frontową relacją o przemarszu wrogich wojsk, by na koniec wznieść przepojone bólem pytanie, w jaki sposób ten przemarsz można zastopować.
Niech nas jednak objętość tekstu nie prowadzi do niewłaściwego wniosku iż temat marszów urządzanych przez środowiska prawicowe, znudził się panu redaktorowi, wprost przeciwnie. Właściwie każde zdanie z tego tekstu jest ważne i w każde należy się zagłębić gdyż rodzi ono bardzo konkretne wnioski i reperkusje… W ciekawy sposób przedstawił to na swym blogu Roman Graczyk.

Osoby, które choć trochę dotknęły tematu warszawskich obchodów Dnia Niepodległości, a w szczególności wieczornego Marszu Niepodległości – dobrze zdają sobie sprawę z kontrastu w jaki ukazały go dwie telewizje informacyjne (TVP Info oraz TVN 24), a stanem rzeczywistym. Marsz został kompletnie przez stacje telewizyjne przemilczany, a jego faktyczny przebieg możemy poznać li tylko dzięki licznym nagraniom osób prywatnych, które umieściły je w Internecie. Nawiasem mówiąc, nagrań tych jest tak wiele, że nierzadko udaje się obejrzeć to samo wydarzenie filmowane z różnych ujęć.
Blumsztajn w swym tekście wykonuje manewr identyczny do powyższych dwóch stacji TV – sprowadza cały marsz kilkudziesięciu tysięcy osób, do tych 200-300 łobuzów, którzy kilkanaście minut przed planowanym rozpoczęciem pochodu, wzniecili swe zamieszki w bezpośrednim sąsiedztwie ludzi, którzy zgromadzili się by w Marszu Niepodległości przejść przez miasto. Pan redaktor nie pamięta już swoich słów sprzed kilku dni iż: – „po każdej stronie znaleźć można ekstremistów.” – Po prostu zrównuje cały Marsz do poziomu tego łobuzerskiego marginesu. Tematem otwartym pozostaje, czy tych 200-300 chuliganów można zaliczyć do ekstremistycznych uczestników Marszu Niepodległości, czy może byli to prowokatorzy… Wielu publicystów, a także internautów stawia aktualne do dziś pytania czy ci, którzy rozpoczęli burdy na warszawskim Placu Konstytucji, by później przenieść się w miejsce gdzie pochód miał się zakończyć, rozpoczęli swą bitwę bo mieli tak właśnie przygotowany scenariusz na ten dzień.

Salon redaktora Blumsztajna zwiera szereg
–„Widać już, że blokadami i policją nie zatrzymamy ani radykalnej nacjonalistycznej prawicy, ani potężniejącej fali kibolskiej przemocy” – mówi na zakończenie swego tekstu pan redaktor Blumsztajn. Stawia tym samym pod wątpliwość swe słowa o zwycięstwie zgromadzenia „Kolorowej niepodległej” z tego samego artykułu. Mnie jednak intryguje nie dysonans poznawczy wypływający z lektury tego artykułu prasowego, lecz konstatacja, że za pomocą blokad nie powstrzyma się już ludzi. Jakie plany i propozycje względem obchodów Dnia Niepodległości ma pan redaktor Seweryn Blumsztajn na przyszły rok, dowiemy się już za kilka miesięcy. Domyślać się można, że brany przez pana redaktora rozmach, będzie proporcjonalny do liczebności radykalnej nacjonalistycznej prawicy. Skoro w Marszu Niepodległości wzięło udział kilkadziesiąt tysiący osób, rozmach na pewno musi być niebagatelny.
Wskazówek dotyczących rozmachu, być może udzieli nam fakt zarejestrowania przez pana redaktora Towarzystwa Dziennikarskiego, o  którym wspomniałam w pierwszej części artykułu. Towarzystwa elitarnego – z założenia jego twórców – w którym będzie unosić się śmietana dziennikarska pływająca na samym wierzchu głównego nurtu dziennikarstwa. Towarzystwa, które będzie rozdawać laurki ludziom z własnego środowiska i udzielać reprymendy dla dziennikarzy spoza niego. Towarzystwa-getta, które będzie orzekać, stanowić, wręczać i desygnować…

Każdy ma taką elitę, na jaką zasłuży lub sam sobie stworzy – my dołóżmy starań by nie myśleć cudzymi kategoriami i nie dążyć do cudzych celów. Towarzystwo Dziennikarskie redaktora Blumsztajna, nie będzie dla mnie elitą walorów.

˙

Suplement audio-wizualny


[11.11.2011 Warszawa, blokada na ulicy Marszałkowskiej około godziny 15.00]

˙


[11.11.2011 Warszawa, Marsz Niepodległości]

ciąg dalszy

SALON ZWIERA SZEREG część 1

17/03/2012 7 komentarzy

Wśród dziennikarzy podziały polityczne są właściwie głębsze niż między politykami. Politycy muszą jeszcze ze sobą współpracować, my nie musimy. Razem już nie sposób być. Seweryn Blumsztajn, 03.2012

˙

Pan Seweryn Blumsztajn, od sierpnia 1989 współtworzył „Gazetę Wyborczą”. W lipcu 2011 odszedł na niewątpliwie zasłużoną emeryturę. Niechaj nie smucą się jednak, zarówno wielbiciele słowa pisanego pana redaktora, jak i narybek dziennikarski złakniony zasłużonych autorytetów – pan Seweryn będzie nadal związany z „Gazetą Wyborczą”, a to jako komentator pełniący dyżury publicystyczne, a to redaktor nadzorujący codzienne wydania „Gazety” oraz prowadzący jej pierwszą stronę. Kilka dni temu wystąpił też z inicjatywą założenia stowarzyszenia dziennikarzy.

Na emeryturze ma się niewątpliwie więcej czasu na przemyślenia oraz wcielanie w życie różnych pomysłów i pan Seweryn nie odbiega pod tym względem od innych emerytów w naszym kraju. Nie każdy jednak emeryt, wykazuje w sobie tyle werwy i siły ducha by tworzyć stowarzyszenie dziennikarskie. W tym, emerytowany redaktor Blumsztajn, jest niewątpliwie wyróżniającym się emerytem w Polsce. Tym bardziej wyróżniającym, że pan redaktor nie chce tworzyć stowarzyszenia „jakiegoś tam”, lecz towarzystwo ekskluzywne, którego drzwi są na co dzień szczelnie zamknięte, a do ich uchylenia potrzeba co najmniej połowy członków…

Jak powiedział  związany z „Gazetą Wyborczą” Blumsztajn, stowarzyszenie jest w trakcie rejestracji. Dodał, że pomysł na jego założenie wziął się stąd, że w środowisku dziennikarskim „nie da się już być wspólnie”.
Wśród dziennikarzy podziały polityczne są właściwie głębsze niż między politykami. Politycy muszą jeszcze ze sobą współpracować, my nie musimy. Ilość pomyj wylewanych na siebie nawzajem jest już nie do zniesienia. Jedyny sposób, żeby jakoś istnieć, to grupować się osobno, a potem rozmawiać między sobą. Razem już nie sposób być. W tym sensie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest kompletną fikcją – powiedział Blumsztajn.
Blumsztajn zaznaczył, że według statutu Towarzystwa Dziennikarskiego każdy, kto chce się ubiegać o członkostwo w nim, musi zyskać poparcie co najmniej połowy dotychczasowych członków. – Zasada jest taka, że bardzo trudno się tam wchodzi. To jest dość zamknięty klub, dlatego stowarzyszenie nazywa się towarzystwem, a nasze zebrania nazywamy salonem – powiedział.
Jak poinformował, wśród członków założycieli stowarzyszenia są osoby „z wyższej półki medialnej”. Wymienił m.in.: Wojciecha Maziarskiego, Jana Ordyńskiego, Teresę Torańską, Dorotę Warakomską, Jacka Żakowskiego, Wojciecha Mazowieckiego, Cezarego Łazarewicza, Joannę Solską i Jacka Rakowieckiego.  [ŹRÓDŁO]

˙

Misyjne zacięcie pana redaktora, którego emanacją jest skrzyknięcie towarzystwa wzajemnej adoracji, dawało już o sobie znać we wcześniejszych latach jego życia. Spójrzmy jak rodziła się jedna z jego poprzednich inicjatyw, dotycząca blokowania Marszu Niepodległości…

Jak wie z dzieciństwa większość osób, by rozpoczęła się krystalizacja, niezbędny jest jakiś paproch wokół którego kryształ będzie narastać. Do tego by myśl przeoblekła się w materialny czyn, także niezbędny jest pewien drobny ośrodek, wokół którego rozpocznie się cały proces. Paproch ten, do oka pana Seweryna trafił podczas jego spaceru w pewne deszczowe popołudnie 11 listopada 2009 roku: –„Wróciłem wściekły do redakcji i przyrzekłem sobie, że nie zostawię tej sprawy dzieciom. To przecież hańba dla tego miasta, żeby spadkobiercy polskich faszystów maszerowali tu w Święto Niepodległości.” – mówi i wymyśla gwizdki, którymi obdarowywane były osoby, blokujące przemarsz warszawskimi ulicami ONRu, Wszechpolaków oraz sympatyków tych organizacji w listopadzie 2010.

˙

LISTOPADOWE POPOŁUDNIE 2010 czyli „Nasze ulice”
Krystalizacja myśli pana Seweryna, przebiegała w szczególnie widowiskowy sposób, właśnie w okolicach 11 listopada. W swym artykule „Nasze ulice” opublikowanym na łamach GW dnia 19.11.2010, mówi on:

Jak można protestować przeciwko legalnemu marszowi – pytają nie tylko publicyści, którzy szli pod sztandarem ONR, ale też niezaangażowani w spór liberalni dziennikarze. Bo jeśli ktoś maszeruje pod jakąś nieprzyjemną flagą albo skanduje niestosowne hasła, to od tego przecież jest policja i prokurator.
Otóż nie, od tego są też obywatele. Tym bardziej że państwo jest najczęściej bezsilne wobec ideologicznych sporów. Kontrmanifestacja wydaje mi się więc czymś zupełnie normalnym. A jeśli ktoś chce blokować fizycznie cudzy marsz, to ja osobiście – choć wielu moich przyjaciół ma w tej sprawie inne zdanie – też nie widzę w tym nic specjalnie zdrożnego. Tylko nie wolno udawać, że jest to zgodne z prawem, i trzeba być przygotowanym na konsekwencje: interwencję policji, zatrzymanie, sankcje.
Wielu dziennikarzy relacjonowało wydarzenia 11 listopada w taki sposób, jakby między narodowcami i tzw. antyfaszystami była oczywista symetria – po prostu się bili. To kłamstwo, stroną atakującą byli narodowcy. Blokujący bronili się… [ŹRÓDŁO]

Zatrzymajmy się przy tych ostatnich słowach:
–„To kłamstwo, stroną atakującą byli narodowcy. Blokujący bronili się…”–
Prawda ta, kierowana jest jednak tylko do masowych odbiorców GW. Kilka dni przed ich napisaniem, w dniu 14.11.2010, pan redaktor spotkał się z organizatorami blokady „antyfaszystowskiej” (w tym także antyfaszystami), gdzie mówił inną prawdę. Ta druga prawda, kierowana była do ograniczonego audytorium w Krytyce Politycznej i poprzedzona prośbą ze strony KP, by nie rejestrować spotkania ani nie sporządzać z niego notatek. Oto jakie między innymi padały tam słowa z ust pana redaktora:

– Wiecie, jak było się na tej manifestacji, to były takie momenty, że się nie wiedziało, czy stoisz wśród kiboli, czy wśród antify. Siły postępu wyglądały dość podobnie do sił zła.
Ja się obawiam, że dla wielu z nas, dla wielu ludzi z tej koalicji ważniejsze jest żeby się napieprzać z tymi neofaszystami, niż żeby kierować swój message do wszystkich innych ludzi.
Natomiast my oczywiście jesteśmy oskarżani o wywołanie zamieszek, ale to normalne, tak musiało być.
Nie określę tych wszystkich granic. Zwracam uwagę wam na to, gdzie musimy być,  jak musimy kombinować, jak musimy się samoograniczać, gdzie musimy wyznaczać sobie granice.
Tym bardziej, że w tak zwanych środowiskach lewicowych, w moim przekonaniu jest dość powszechna akceptacja tak zwanego rewolucyjnego terroru.
Kiedy oni zostali wypuszczeni przez policję tam dołem – to wiadomo było żeśmy wygrali – ludzie, którzy prowadzili tę manifestację wybrali, że się spotkamy z nimi jeszcze raz, na dole, a przecież mieliśmy do przejścia jeszcze cały Nowy Świat i tysiące ludzi, którzy mogli to zobaczyć. Ja się obawiam, że dla wielu z nas, dla wielu ludzi z tej koalicji ważniejsze jest żeby się napieprzać z tymi neofaszystami, niż żeby kierować swój message do wszystkich innych ludzi. Ja wam chciałem uświadomić, że w tym społeczeństwie będzie zawsze 15-20%, może 10%, ludzi o takich poglądach jak narodowcy. Dla wielu środowisk nie ma innego pomysłu, nie może być – na razie, przynajmniej – pomysłu na jakiś sposób integracji z narodem, ze społeczeństwem, odnalezienia się.
Natomiast jeśli chcemy walczyć z faszyzmem to musimy dotrzeć do tych wszystkich innych, którzy mają to gdzieś, którzy uważają to za margines, którzy obudzą się za parę lat… jeśli nie wyjdą z nami na tę manifestację, czy na jakąś formę protestu. To oni są naszym celem, to o nich chodzi, a nie o to żeby się napieprzać z tymi bandziorami.
Jeżeli o tym nie będziemy pamiętali to przegramy wszystko… wszystko… bo to nie o to chodzi.
Ja uważam, że akceptacja tego typu działań wiąże się z czymś – czym chciałbym zakończyć zresztą – z taką dość fundamentalną sprawą, która dotyczy tej młodej polskiej lewicy. Ja coraz częściej słyszę, że młodzi ludzie uważający się za lewicowych, biorą w nawias całe doświadczenie totalitarnego komunizmu. Taka postawa jest może łatwiejsza do akceptacji we Francji na przykład, gdzie nie było tego doświadczenia. Ale w Polsce o tym zapominać nie można. [ŹRÓDŁO #1; #2; #3]

˙

To dość zrozumiałe, że inaczej rozmawia się w gronie osób, których łączy jakiś wspólny cel, inaczej z wrogiem, a jeszcze inaczej toczy się rozmowy gdy odbywają się one na forum publicznym. Powinna być jednak co najmniej jedna cecha wspólna integrująca te różne formy, szczególnie gdy bierze w nich udział tak doświadczony dziennikarz. Cechą tą jest prawda, dziennikarska rzetelność, wiarygodność.

Po zapoznaniu się z cytowanymi materiałami, odniosłam głębokie przekonanie graniczące z pewności, że pan Blumsztajn co innego widzi, co innego słyszy a dodatkowo co innego pisze. Czy w swej lewicowości zapędził się tak daleko, że zasadę dialektyki marksistowskiej stosuje także pisząc swe teksty dziennikarskie? Czy oprócz ukazanych powyżej dwóch prawd, stosuje może też jakąś trzecią, przeznaczoną już tylko wyłącznie na kolegium redakcyjne?
Dokonajmy przeskoku o kilka dni naprzód i ze spotkania 14.10.2010 z organizatorami blokady – w tym także Antifą – w Krytyce Politycznej, powróćmy do tekstu „Nasze ulice” opublikowanego w GW 19.11.2010:
–„Pytałem
[na spotkaniu w KP; Sekunda] o mowę nienawiści, która pojawiła się na blokadzie, tłumaczyłem, że niektóre symbole lewicy, jak np. sierp i młot, są znacznie bardziej zbrodnicze niż sztandary ONR.”– mówi redaktor.
Antifa jednak nie wzięła sobie napomnień Blumsztajna do serca i na swych stronach internetowych zamieściła oświadczenie, które wręcz sam pan redaktor określił iż „brzmi niemal jak deklaracja Czerwonych Brygad”. Zapewne dla pana redaktora były to jednak  nie liczące się w ogólnym rozrachunku drobiazgi, skoro w swym tekście gładko konstatuje „bilans wstępny gwizdania nie jest wbrew pozorom najgorszy” , a cały tekst kończy nadzieją iż do przyszłego roku może uda się ponownie skleić „sojusz kolorowej lewicowej menażerii z »neoliberalnymi mediami« oraz »postępową klasą średnią«” i zaprotestują wówczas razem przeciw biedzie, wykluczeniu, ksenofobii i homofobii:
–„Pójdziemy pod biało-czerwoną flagą i czerwoną też, tylko bez sierpa i młota. Może na taki marsz przyjdą również chłopcy z Antify z odsłoniętymi już twarzami. I nie będziemy się już oglądać na narodowców. Po prostu się policzymy – kogo jest więcej” – dodaje na zakończenie artykułu.

ciąg dalszy

Seweryn Blumsztajn podczas rozdawania gwizdków po stronie blokujących. Warszawa 11.11.2010
[11.11.2010 Warszawa, Seweryn Blumsztajn rozdający gwizdki podczas blokady]