Operacja „Płeć Powstania Warszawskiego”, czyli p. Grzebalska rozbraja mit

Zbrojna walka jaką podjęli warszawiacy w 1944, była wielokrotnie obiektem najróżniejszych zafałszowań. Dziś, podczas codziennej prasówki, natrafiłam na informację że w najbliższą środę, odbędzie się spotkanie, promujące książkę „Płeć Powstania Warszawskiego”, którego autorką jest p. Weronika Grzebalska, a randez-vous poprowadzi Agnieszka Weseli (ksywka Furia):

plakat polaczenie
˙

Wiele osób zapewne będzie mocno zaskoczonych, że pozwoliłam sobie na powyższe zestawienie, jakże różnych plakatów. Na zdrowy rozum, nic ich nie łączy a wiele dzieli. Jednak, niekoniecznie należy posługiwać się wyłącznie zdrowym rozumem, niekiedy warto to i owo pamiętać, niekoniecznie ze szkoły. Otóż, powyższe dwa plakaty łączy osoba p. Agnieszki Weseli vel. Furia. Jest to działaczka feministyczna, współorganizatorka wydarzenia określanego mianem „Manifa”. P. Furia, jak to osoba wielu talentów, jest autorką zamieszczonego plakatu promującego „Manifę”. Komentując kilkanaście miesięcy temu ten manifowy plakat, stwierdziłam: –„Tegoroczny plakat reklamowy, przy wykonywaniu którego pomysłodawczyni zapewne kierowała się graficznym ukazaniem odwrotności hasła „Bóg, honor i ojczyzna”, uważam za nikczemny. No ale zapewne wykonawczyniom o taki efekt chodziło. Pewne środowiska prowadzą coraz głębszą, negatywną eksplorację tematów związanych z polskością.”– (źródło)

Proszę się zatem nie dziwić, że gdy przeczytałam iż p. Furia poprowadzi spotkanie dotyczące Powstania Warszawskiego, poczułam się zaskoczona. Zaskoczenie jednak, szybko przerodziło się w ciekawość i postanowiłam dociec, cóż takiego zawierać będzie książka „Płeć Powstania Warszawskiego”, że p. Furia zdecydowała się uczestniczyć w spotkaniu ją promującym.

Dość szybko natrafiłam na artykuł, który nie tylko umożliwił odpowiedź na powyższe pytania, lecz także pozwolił dowiedzieć się, jakie pobudki skłoniły autorkę p. Weronikę Grzebalską do sięgnięcia po pióro, a także jaki cel przyświecał jej podczas pisania książki. Materiał z tą „cenną” wiedzą, pochodzi z 03.08.2010, został opublikowany w serwisie www.krytykapolityczna.pl i nosi tytuł „Oddajmy powstanie kobietom, cywilom i Żydom” :

2010.08.03 oddajmy Powstanie

˙

P. Grzebalska ubolewa  w nim, że mimo upływu czasu, Powstanie Warszawskie jest wciąż dla wielu ludzi bardzo ważnym symbolem patriotyzmu. Ważnym nie tylko dla ludzi dojrzałych – jego symbolika jest też czytelna i pozytywnie wartościowana przez młode pokolenie. Jest to dla niej wystarczającym powodem do stwierdzenia, że: –„powstańcy powinni przestać być traktowani jak arbitrzy od patriotyzmu czy wychowawcy młodzieży”. –

Według niej, tematyka Powstania Warszawskiego, jest zbyt mocno osadzona w polskiej kulturze, cieszy się zbyt dużym poważaniem, a także ma zbyt bogaty/wieloraki przekaz informacyjny, by można było rozprawić się z nim, li tylko podważając/kontestując jego sens:
–„W kontekście zarysowanych tu procesów, zamienienie Muzeum Powstania Warszawskiego w „martwy pomnik” wydaje się po prostu niemożliwe, przynajmniej na razie. Zresztą, nawet polityce historycznej okresu powojennego – mimo takich jej mechanizmów jak prześladowania, cenzura i całkowity brak miejsc pamięci w rodzaju pomników czy muzeów – nie udało się wymazać powstania z pamięci społecznej.” –

Co należy zatem uczynić, by Powstanie Warszawskie stało się jedynie martwym pomnikiem? Otóż, według p. Grzebalskiej: –„jedyną drogą jest otwieranie Muzeum na pamięć grup marginalizowanych, mogącą podważyć hegemoniczną narrację: świadectwa powstańców żydowskiego pochodzenia, którzy ukrywali swoją tożsamość z obawy przed egzekucją z rąk akowców, antyheroiczną opowieść cywilów o piwnicznej gehennie i gwałtach, wspomnienia powstanek o dyskryminacji w szeregach podziemnej armii.”–

Od chwili wypowiedzenia powyższych słów minęło kilka lat, które p. Grzebalska spędziła na przekuwaniu słów w czyn i oto mamy już jutro, w środę 15.01.2014, spotkanie z osobą, która nie tylko ma coś do powiedzenia w temacie obalania powstańczych mitów – ma w tym już pewne osiągnięcie. Jest nią książka „Płeć Powstania Warszawskiego”, którego wydawcą jest Narodowe Centrum Kultury (źródło).

–♦–

Źródła:

1. 03.08.2010 „Oddajmy powstanie kobietom, cywilom i Żydom” Weronika Grzebalska

2. 14.10.2013 Przetarg na druk książki, ogłoszony przez Narodowe centrum Kultury.

3. 15.01.2014 „Spotkanie z Weroniką Grzebalską, autorką książki »Płeć Powstania Warszawskiego w Feminotece”«; http://www.kulturalna.warszawa.pl

Reklamy

Obskurantyzm »Porozumienia 11 listopada«

Od Dnia Niepodległości minęło siedem dni. Wyczekiwałam na jakąś autorefleksję  »Porozumienia 11 listopada«. Ponieważ do tej pory nie odnalazłam takowej, zatem…

˙

dsc03217

 

[ilustracja: WPolityce]

˙

»Porozumienie 11 listopada«, zawędrowało na szczyt groteskowej, tragikomicznej indolencji. 11.11.2012 zaprosiliście do, jak sami piszecie: „antyfaszystowskiej manifestacji! Obnażymy oblicze, ciągłość i wspólne korzenie przedwojennych i współczesnych ugrupowań faszyzujących w Polsce.”
Obnażyliście, lecz własną małość i niegodziwość. Szlajać się w Dzień Niepodległości przy warszawskim Pomniku Bohaterów Getta z transparentem przedstawiającym zakrwawioną podpaskę i napis „Jedyna krew jaką przelewam”… Powtórzycie ten pokraczny, obrzydliwy numer w rocznicę powstania w getcie?
Nie macie szacunku nie tylko dla historii kraju, w którym żyjecie. Nie macie go też dla tych, których niby bronicie. Wasza rewolucja zjada własne dzieci, trawi je, na końcu wydala. Jednym ze śladów tej przemiany materii, jest opisane powyżej wydarzenie.
Pokazuje ono, do czego prowadzi wasze pokraczne oświecenie, oraz obnaża prawdziwe intencje waszej walki o tolerancję i swobodę. Zło nazywacie dobrem, a dobro złem. Wasi mentorzy, do rangi cnoty wynieśli różne antywartości.
Czy zauważacie, że macie coraz mniejsze poparcie? Rok temu, na waszym marszu było około 1000 osób. Tegoroczny, zgromadził ich około 300, może 500. W waszym komitecie są działaczki i działacze feministyczni oraz LGBT. Jeszcze kilka lat temu, można było w licznych relacjach telewizyjnych zauważyć, że zarówno Manifa jak i Parada Równości cieszyły się sympatią ze strony mieszkańców Warszawy. Dwa lata temu zmienił się ten trend. Załamało się też poparcie w waszych grupach docelowych – na wspomnianych, obydwu marszach, pojawia się coraz mniej osób. Jak myślicie, czym jest spowodowany ten odwrót? Dwa lata temu rozpoczęliście intensywną walkę z religią chrześcijańską. Agresywna retoryka antynarodowa, antypolska to także kwestia ostatnich dwóch lat. Odwraca się od was coraz więcej ludzi, natomiast ci, co byli do tej pory obojętni, zaczynają was krytykować.
Tydzień temu na swej manifestacji, daliście przykład jak karykaturalny chcecie stworzyć świat na gruzach tego co niszczycie.

TROTYL nieuprawnione spekulacje prokuratury?

07.2011 RAPORT MILLERA Raport końcowy, Załącznik nr 5, str. 25 – Podsumowanie i wnioski.:
„Podczas oględzin wraku samolotu nie stwierdzono śladów detonacji materiałów wybuchowych ani paliwa lotniczego.”

30.10.2012 godz. 6:30 RP artykuł Cezarego Gmyza „Trotyl na wraku Tupolewa”

30.10.2012 godz. 14:42 OŚWIADCZENIE Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie
„Powołani przez prokuraturę biegli, pracujący wraz z prokuratorem wojskowym pod Smoleńskiem, nie stwierdzili na wraku samolotu Tu-154M trotylu ani żadnego innego materiału wybuchowego”.
„(..) zabezpieczono kilkaset różnego rodzaju próbek (wymazów, próbek gleby, wycinków materiałów z wraku). Dopiero badania laboratoryjne, którym poddane będą zabezpieczone próbki, pozwolą na jednoznaczne potwierdzenie lub wykluczenie obecności związków chemicznych będących materiałem wybuchowym lub jego pozostałością”.

–♦–

Zatem, do licha, według oświadczenia prokuratury wojskowej, nie stwierdzono materiałów wybuchowych, czy może dopiero badania laboratoryjne dadzą na to odpowiedź?! Zaledwie 10 dni temu, ta sama prokuratura wydała oświadczenie, dotyczące doniesień medialnych na temat kolejnej pary pomylonych zwłok – tym razem prezydenta Kaczorowskiego: „wszelkie informacje na ten temat należy traktować jedynie jako nieuprawnione spekulacje”. Kilka dni temu stwierdzono, że zamiast pana Kaczorowskiego, w grobie spoczywały zwłoki innej osoby (dziś odbywa się jego ponowny pogrzeb, tym razem już z właściwymi zwłokami i we właściwym grobie).
Jeśli wyniki badań laboratoryjnych pobranych próbek z wraku TU-154, mamy poznać za około pół roku, tym samym wydane 30 października przez prokuratora oświadczenia, że na wraku Tupolewa nie znaleziono śladów materiałów wybuchowych, pozwolę sobie określi mianem nieuprawnionych spekulacji ze strony prokuratury wojskowej.
Przy pobieraniu próbek, miejsca z których decydowano się je pobrać typowano spektrometrem. Podobne urządzenia stosuje się np. na lotniskach, a ich skuteczność (w zależności od złożoności budowy fizyko-chemicznej badanej substancji) określa się na 95-99%. Zatem, w mojej opinii zdanie „nie stwierdzono na wraku samolotu Tu-154M trotylu ani żadnego innego materiału wybuchowego”, można uznać za prawdziwe w 1-5%. Jeśli nawet poczyni się założenie, że spektrometru użyto do wytypowania nie wszystkich z kilkuset pobranych próbek, lecz choćby kilku – prawdopodobieństwo poprawnych wskazań urządzenia i »nieuprawnionych spekulacji« o braku materiałów wybuchowych, staje się znacząco wyższe.

Krótko po wygłoszeniu oświadczenia, dowiedzieliśmy się że pobrane próbki znajdują się w Moskwie, oczywiście odpowiednio zabezpieczone. Wyniki ich badań poznamy za około pół roku (termin ten, zgrabnie pasuje do kolejnej, trzeciej już rocznicy smoleńskiej). Doprawdy, jeżeli próbki zabezpieczone są z równie dużą starannością co taśmy z czarnych skrzynek – metalowa kasetka z nalepioną kartką i przystawionymi dwoma (podwójne zabezpieczenie) stemplami – nie mamy podstaw do jakiegokolwiek zaniepokojenia, szczególnie biorąc pod uwagę dotychczasowe, wyśmienite komentarze dotyczące jakości współpracy z Rosjanami.

Co do artykułu pana Gmyza w dniu 30.10.2012 w RP. Nie rozumiem czym kierowała się osoba (osoby?) z redakcji Rzeczpospolitej, które około godziny piętnastej zamieściły na stronie internetowej gazety informację „Pomyliliśmy się”, dwie godziny później zamienioną na „Jednak nie można wykluczyć materiałów wybuchowych”. Pierwsze oświadczenie, w którym RP informuje że się pomyliła, nie powinno w ogóle zaistnieć. Weryfikacji materiału redakcyjnego dokonuje się przed jego publikacją. Po opublikowaniu przyjętego materiału dziennikarskiego, koleżanki i koledzy z redakcji, kolegium redakcyjne wraz z redaktorem naczelnym – powinni murem stanąć za dziennikarzem. Tym samym, zdziwienie moje budzi też oświadczenie rady nadzorczej oraz redaktora naczelnego RP, opublikowane 02.11.2012, w którym zobowiązują się przeprowadzić postępowanie wyjaśniające dotyczące źródeł informacji jakimi dysponował Cezary Gmyz podczas pisania swego artykułu. W przypadku publikacji materiału o tak dużej wadze i sile rażenia, stanowisko redakcji o dołożeniu szczególnej staranności podczas przygotowywania tego materiału, powinno być gotowe już w momencie przyjęcia materiału do druku.
Dzień po ukazaniu się artykułu w RP, Pan Gmyz oświadczył, że informacje zamieszczone w artykule pozyskał z czterech niezależnych źródeł, publikację tekstu poprzedziło spotkanie z prokuratorem generalnym Andrzejem Seremetem, a także że podtrzymuje wszystko to co napisał – w świetle tego, szkoda że pan Seremet wciąż nie zabrał zdania na ten temat.
Czekam na dalszy rozwój sytuacji.

Na zakończenie – osobom udającym się w podróż lotniczą, odradzam stosownanie perfum, szminki oraz pestycydów, ot tak na wszelki wypadek coby urządzenia na bramkach się nie rozpipczyły.

FEMEN ODCINA PĘPOWINĘ

Zarówno Pussy Riot jak i Femen, mówią że walczą ze złem i robią to w imię dobra. Pussy Riot tłumaczy iż walczył ze złym Putinem, Femen z niesłusznym uwięzieniem i niesprawiedliwym wyrokiem. W obu przypadkach mamy jaskrawy przykład, jak można w imię czegoś mogącego być powszechnie uznane za słuszne, dokonać czynów perfidnych, złych, nieetycznych i nagannych moralnie.

˙

˙

–♦–

KALENDARIUM

21 lutego 2012 rosyjski zespół feministyczno-punkowy Pussy Riot, odśpiewuje w moskiewskiej Cerkwi Chrystusa Zbawiciela, utwór swego autorstwa, pod tytułem „Bogurodzico, przegoń Putina!”. Krótko po tym wydarzeniu, zostały one aresztowane pod zarzutem „chuligaństwa motywowanego nienawiścią religijną”. Po zapoznaniu się z nagraniem wideo z wydarzenia, a także z tekstem „wyśpiewanego” utworu, okazuje się, że w imię krytyki Putina i współpracującego z kremlowską władzą, zwierzchnika rosyjskiej cerkwi prawosławnej Cyryla I – dziewczęta z Pussy Riot zrobiły niezły „dym” w cerkwi, zarówno formą wykonania utworu, jak i jego treścią (gówno, gówno, gówno, Panie / Bogurodzico Dziewico, zostań feministką / Patriarcha Gundiaj wierzy w Putina, Lepiej by, skurwysyn, w Boga uwierzył… i tak dalej).

12 sierpień 2012 członkinie Pussy Riot zostają skazane na dwa lata łagru. Rozpoczynają się różne akcje protestacyjne, których uczestnicy wyrażają swą dezaprobatę dotyczącą wyroku.

17 sierpień 2012 W ramach protestu przed skazaniem Pusy Riot, członkinie grupy Femen ścinają w Kijowie krzyż, ustawiony w 2004 podczas Pomarańczowej Rewolucji, ku pamięci śmiertelnych ofiar radzieckiego CzK oraz NKWD.

22 sierpień 2012 FEMEN zapowiada niszczenie kolejnych krzyży.

22 sierpień 2012 Pussy Riot odcina się od całej akcji obalania krzyży zainiciowanej przez Femen. Marija Aliochina (Pussy Riot), w wywiadzie dla rosyjskiej „Nowej Gaziety”, powiedziała że protest dziewcząt z FEMEN nie wywarł na jej zespole pozytywnego wrażenia: – Ostatnia akcja ze ścięciem krzyża nie wzbudza niestety poczucia solidarności. Cóż, lekka to forma dezaprobaty, lecz jednak odcięły się od swych koleżanek.

–♦–

Zarówno Pussy Riot jak i Femen, mówią że walczą ze złem i robią to w imię dobra.
Pussy Riot tłumaczy iż walczył ze złym Putinem, Femen z niesłusznym uwięzieniem i niesprawiedliwym wyrokiem. W obu przypadkach mamy jaskrawy przykład, jak można w imię czegoś mogącego być powszechnie uznane za słuszne, dokonać czynów perfidnych, złych, nieetycznych i nagannych moralnie. W imię walki o dobro, dokonuje się ataku na symbole oraz wartości tworzące podwaliny nie tylko europejskiej cywilizacji. Nie wątpię, że w czasach gdy media indoktrynują swych odbiorców treściami robiącymi „kisiel” z mózgu, część osób może uwierzyć w tę demagogiczną dialektykę i stanąć w obronie obu grup. Część osób może stać się rezonatorem głoszonych przez nich tez; poszerzyć grono pożytecznych idiotów, myśląc że dołączają w szeregi osób oświeconych, tolerancyjnych, o „otwartym umyśle”.
Cerkiewny występ pań z Pussy Riot, przez część osób może być to nazwane chuligańskim wybrykiem (i nie będę zdziwiona), inni — na przykład wyznający jakąś religię — mogą określić je mianem obelżywej profanacji (i także mnie to nie zdziwi). Posługując się argumentacją pań, że zrobiły to ponieważ przedstawiciel moskiewskiej cerkwi prawosławnej jest w istocie współpracownikiem Putina, można jeszcze po solidnym naciągnięciu ich logiki, zrozumieć.

Z przedstawicielkami FEMEN, sytuacja wygląda inaczej. Ścięcie krzyża przezte panie oraz zapowiedź rozszerzenia akcji o następne krzyże (gdy piszę te słowa, upadło kilka kolejnych), osadza całe wydarzenie w innym kontekście, nadaje mu inny sens i wymaga postawienia odmiennych pytań.
Femen mówi, że krzyż sciął w ramach solidarności ze „Sromowymi buntowniczkami” (chyba takie może być tłumaczenie na język polski nazwy Pussy Riot) oraz protestu przed ich skazaniem na łagier. Dlaczego ścięły piłą łańcuchową wielki, drewniany krzyż postawiony by uczcić ofiary NKWD?! Protest ów zrozumiałabym, jeśli ścięłyby coś co jest emanacją państwowej władzy rosyjskiej, coś co symbolizuje władzę oraz państwo, które skazało pieśniarki na łagier – nie będę wymieniać co to mogłoby być, aby nie być oskarżona o podżeganie. Ścięcie krzyża, kojarzy mi się z pewną sierpniową nocą 2010 w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu i jedyne co wywołuje to niesmak i smutek.
Gdy spojrzymy na wcześniejsze działania pań z Femen, dostrzeżemy że złamały on schemat swego „rutynowego” postępowania. Przed akcją z krzyżem, panie z Femen błyskały nagimi piersiami, nie wykonując przy tym jakichś dodatkowych czynności – co najwyżej dzierżąc transparenty. Ścięcie krzyża było według mojej wiedzy, pierwszą akcją podczas której przełamały dotychczasową konwencję „biernego obnażonego oporu”.
Gdy dostrzegam jakieś zbiegi okoliczności, często zagłębiam się w temat by doszukać się czy były one w istocie dziełem przypadku. Podczas oglądania jak panny z Femen ścinają olbrzymi, drewniany krzyż, zaczęłam zadawać sobie pytania – czy pomysł ścięcia krzyża wpadł tym kobietom do głowy na drodze niekontrolowanej iluminacji, czy może zostały zainspirowane, nakłonione do jego ścięcia? Skąd panie należące do Femen (a są to studentki i uczennice), mają kasę na swoje podróże?
Działaczki z Femen, widziano ponoć z byłym ministrem, a obecnie zastępcą sekretarza Rady Bezpieczeństwa Narodowego Nestorem Szufryczem, według niepotwierdzonych informacji, finansuje je Wadim Rabinowicz (Vadim Rabinovich) – członek organizacji Chabad (źródło), współzałożyciel i wiceprezydent  EJU (źródło 1; źródło 2; źródło 3) oraz właściciel koncernów medialnych na Ukrainie i w Izraelu.

Może do czasu swego „występu” na polskim Euro w lipcu, działały one w akcjach samodzielnych i nie inspirowanch przez nikogo z zewnątrz, a dopiero do akcji z krzyżem zostały przekonane i wykorzystane przez kogoś? A może Femen był przez kilka lat „hodowany” do czegoś większego, właśnie do czegoś takiego jak akcja z krzyżem w Kijowie? Może przez kilka lat budowano ich obraz – bezinteresownych, walecznych, samodzielnych, młodych i urodziwych pań, które nie boją się wystawić swych nagich piersi w imię różnych racji, z którymi często duża część społeczeństw się zgadzała i okazywała mniejszą lub większą sympatię Femenowi? Zyskały medialną popularność i zainteresowanie , a gdy nadszedł odpowiedni moment… odpalono je do wykonania tego właśnie podłego zadania o przewrotnej logice „solidarności z uwięzionymi koleżankami”.
Ścięcie krzyża postawionego ku pamięci ofiar NKWD, także wydaje się nie mieć cech przypadku, lecz posiada wręcz symboliczny wymiar. Zarówno charakter jak i symbolika dokonanego czynu, każe się zastanowić czy osoby należące do Femen, same wpadły na taki pomysły czy odegrały rolę narzędzia w czyichś dłoniach.

Cała sprawa zapoczątkowana lutowym „występem” w cerkwi, nabiera tym bardziej tragicznego charakteru, że są pierwsze ofiary śmiertelne z nią związane –  „napis »Uwolnić Pussy Riot« na miejscu makabrycznej zbrodni” (film z miejsca mordu); w Petersburgu znaleziono zwłoki mężczyzny z ikoną na głowie.

–♦–

Przygotowując powyższy tekst, zawędrowałam na fejsbukową stronę pań z Femen. Natknęłam się tam na grafikę przedstawiającą upadający krzyż i stojącą u jego podnóża kobietę z piłą. Grafika natychmiast skojarzyła mi się z plakatem reklamującym polską manifę 11.03.2012. Elementem wspólnym tych grafik jest upadający krzyż, symbolizujący dekonstrukcję/destrukcję katolicyzmu. Plakat manify, zawiera dodatkowo symbole polskiej państwowości, ukazane w pokraczny i nikczemny sposób.

Zaszła jakaś poważna zmiana w społeczeństwach. Do tej pory było tak, że Kościoły atakowała i symbole religijne niszczyła jakaś totalitarna władza oraz spotykało się to z ogólnym potępieniem. Dziś, to przedstawiciele społeczeństwa dokonują barbarzyńskich akcji i pieprzą głupoty że robią to w imię solidarności międzyludzkiej, pokoju, międzynarodowego braterstwa (siostrzeństwa), walki o wolność i tolerancję, liberalizmu. Można odnieść wrażenie, że ktoś pisze kolejne rozdziały do książki Michaiła Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”, lecz niestety nie jest to już fikcja literacka ale realny świat, z realnymi wydarzeniami.

Od kilku lat jesteśmy świadkami ataku pewnych grup na Kościół katolicki, na religię chrześcijańską. Akcja ścinania krzyży wydaje się być nieprzypadkowa i mająca charakter ponadnarodowy, internacjonalny że tak powiem. Poza uderzeniem w religię, mnożą się najróżniejsze akcje atakujące patriotyzm, których inicjatorami są nie tylko celebryci odgrywający w dzisiejszym świecie rolę autorytetów i kreatorów światopoglądu oraz norm etycznych, lecz także przedstawiciele świata polityki. Odnoszę wrażenie, że w naszym kraju trwa ogólnopolska akcja, podczas której dokłada się wszelkich starań, by zniszczyć religijność społeczeństwa i poczucie tożsamości narodowości. Z mediów sączy się magia, tarot, kabała.
Ze środków masowego rażenia oraz z ust medialnych autorytetów, słyszymy że mamy być tolerancyjni. Lecz dlaczego ma to być tolerancja głównie wobec zła – ten nowy antykodeks etyczno-moralny jest już tak silny, że pewne osoby i środowiska zaczynają domagać się nietolerancji wobec dobra.
Żyjemy w czasach jakiegoś ogólnego przewartościowania, do którego niezbędne wydaje się być wyrugowanie ze społeczeństwa patriotyzmu, religijności, poczucia tworzenia narodu. Prowadzona jest intensywna inżynieria dusz i niwelacja społeczeństwa pod przyszłe zasiewy. Czy będą to zasiewy w duchu orficznej filozofii Platona oraz oświeconych kontynuatorów myśli Adama Weishaupta i Aleistera Crowleya?

Święto Wojska Polskiego 15.08.2012, obchody centralne

Wczoraj, 15 sierpnia, obchodziliśmy w kraju Święto Wojska Polskiego. Zostało ono wprowadzone ustawą sejmową w 1992. Datę 15.08 wybrano dla uczczenia zwycięstwa Polski w wojnie z ZSRR. Przypominam, że Polacy zatrzymali wówczas rosyjski przemarsz, podczas którego nasi wschodni bracia pragnęli rozniecić płomień rewolucji na całym kontynencie oraz wyzwolić kontynentalną (w późniejszym etapie ogólnoświatową) klasę robotniczą od imperialistycznych/burżuazyjnych/faszystowskich/antysemickich rządów, rozpanoszonych wówczas w Europie, w tym też w Polsce (przytaczam tu oczywiście punkt widzenia rosyjskich komunistów).

WARSZAWA: Plac Piłsudskiego i okolice.

˙

Niektóre osoby, z wydarzeniami 1920 roku, a także z decydującą bitwą na obrzeżach Warszawy (tak zwana Bitwa Warszawska lub „Cud nad Wisłą”), wiążą Józefa Piłsudskiego. Zważywszy, że marszałek Piłsudski był wówczas Naczelnym Wodzem polskich sił zbrojnych — skojarzenie to wydaje się mieć sens.

Główne obchody Święta Wojska Polskiego odbywają się w Warszawie, na Placu Piłsudskiego, a przewodzi nim prezydent Polski. To także wydaje się mieć sens, bo i plac ma właściwą ku temu nazwę (stoi tam nawet pomnik Piłsudskiego), a i prezydent sprawia wrażenie być właściwą osobą by unieść całość tematu na reprezentacyjnych barkach swego urzędu, jako że jest on oprócz prezydentem, także głównodowodzącym polskich sił zbrojnych.

W tym roku, jak co roku, obchody odbywały się na Placu Piłsudskiego. Jak co roku, przez prezydenta został złożony wieniec przy Grobie Nieznanego Żołnierza i gdy część, co bardziej obeznanych z tradycją mieszkańców stolicy, podążyła za prezydentem by ujrzeć jak składa on też wieniec pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego — nastąpiła niespodzianka. Prezydent ominął rzeczony pomnik wraz z czekającymi z wieńcem dwoma żołnierzami w paradnych mundurach, i podążył do swego nieodległego pałacyku (zwanego też Pałacem Namiestnikowskim).
Licznie zgromadzeni oficjele, ciągnący się sznureczkiem za prezydentem, nie wydawali się być skonsternowani sytuacją i bez niepotrzebnego przystawania/zwalniania przy pomniku — podążyli za głównodowodzącym.

Przytomnością wykazali się dwaj żołnierze oczekujący z roślinami, którzy postanowili nie tkwić jak kołki czekając sądnego dnia, lecz paradnym krokiem i w asyście kilku zaskoczonych sytuacją przechodniów, złożyli wieniec pod pomnikiem.

Dwuczęściowy film, dokumentujący tę nową świecką tradycję:

SALON ZWIERA SZEREG część 2

Wśród dziennikarzy podziały polityczne są właściwie głębsze niż między politykami. Politycy muszą jeszcze ze sobą współpracować, my nie musimy. Razem już nie sposób być. Seweryn Blumsztajn, 03.2012

˙

Pierwsza część artykułu zakończyła się na etapie nadziei redaktora Blumsztajna na to, jak wyglądać będzie Święto Niepodległości anno Domini 2011: –„Pójdziemy pod biało-czerwoną flagą i czerwoną też, tylko bez sierpa i młota. Może na taki marsz przyjdą również chłopcy z Antify z odsłoniętymi już twarzami. I nie będziemy się już oglądać na narodowców. Po prostu się policzymy – kogo jest więcej” – dodaje na zakończenie swego tekstu „Nasze ulice” opublikowanego w GW 19.11.2010.

12 miesięcy później czyli „Jak ich zatrzymać?”
Kilka dni przed świętem 11.11.2011, pan Blumsztajn publikuje tekst pod znamiennym tytułem „Prawdziwi demokraci udają się na cmentarz”. Przyjrzyjmy się jego słowom…
Na wstępie redaktor protestuje przeciwko symetrycznemu traktowaniu Marszu Niepodległości i kontrmanifestanów. Tych ostatnich ustawia w roli szlachetnych wojowników walczących z, jak pisze: –„coraz silniejszym nurtem radykalnej prawicy narodowo-katolickiej. Dziś przyłączają się do niego co radykalniejsi prawicowi publicyści i posłowie PiS; jutro ten nurt będzie w Sejmie współdecydował o losach Polski.” – straszy czytelnika.
„Nie namawiam nikogo do blokady” – mówi pan redaktor… Opinię, czy pan Blumsztajn namawia do udziału w  blokadzie mającej uniemożliwić pochód Marszu Niepodległości podczas warszawskich obchodów święta 11 listopada w dniu 11.11.2011, pozostawiam czytelnikom. W mojej ocenie, poniższe zdania wyczerpują znamiona rekomendacji by na blokadę się wybrać: –„Nie każdy popiera blokady, ale tylko ci »lewacy z Leninem w jednej ręce i kamieniem w drugiej« coś w tej sprawie usiłują zrobić. (..) Nie namawiam nikogo do blokady, namawiam, żeby w tej debacie zabrać głos. I niech każdy znajdzie sposób, by jego głos był słyszalny.”– Czy słyszalnym głosem sprzeciwu w ten dzień, będzie wybranie się na cmentarz czy na blokadę?
Na wszelki wypadek dodaje też, że choć w poprzednim roku dochodziło do bójek to: –„nie to jest najważniejsze, bo przecież po każdej stronie znaleźć można ekstremistów. (..) Radykalna lewica – owszem, jest, ale to mniejszość.”– Szkoda, że spostrzeżenia tego, pan Blumsztajn nie odnosi już, gdy kilka dni później około 200-300 chuliganów, będących pod względem liczebności ułamkiem procenta w stosunku do liczebności Marszu Niepodległości, wywołuje zamieszki krótko przed rozpoczęciem się Marszu.


–♦–

11.11.2011… Na apel do blokowania Marszu odpowiedziało niewielu czytelników Gazety. „Kolorowa niepodległa”, liczyła w momencie planowanego rozpoczęcia się Marszu Niepodległości o godzinie 15:00, może 1000 osób (patrz zdjęcie blokady). Zwolenników tego drugiego, przybyło na warszawski Plac Konstytucji około 10 000. Wielkość całego Marszu Niepodległości na ulicach Warszawy to już liczba kilkudziesięciu tysięcy.
W tekście „Nasze ulice” z 2010, pan Blumsztajn przedstawia swe nadzieje na to, jak wyglądać miałyby obchody w 2011: –„Pójdziemy pod biało-czerwoną flagą i czerwoną też, tylko bez sierpa i młota. Może na taki marsz przyjdą również chłopcy z Antify z odsłoniętymi już twarzami. I nie będziemy się już oglądać na narodowców. Po prostu się policzymy – kogo jest więcej”. Nie będę rozwodzić się nad tymi słowami. Biorąc pod uwagę liczebny kontrast, nie wypada tego robić (patrz „suplement audio-wizualny” na końcu tekstu).
Nie całkiem ziściły się też nadzieje pana Blumsztajna sprzed roku. Chłopcy z Antify zablokowali ulicę Marszałkowską na całej szerokości kilkudziesięciu metrów, zjawiając się tam z zasłoniętymi twarzami. Jedyne biało-czerwone flagi w grupie „Kolorowej niepodległej”, znajdowały się na ichniej platformie, otoczone tęczowymi flagami i były zawieszone by najpewniej pełnić rolę sztafażu i kamuflażu, wprowadzającego w błąd przypadkowych widzów tego spektaklu oraz osoby nie mające należytej wiedzy na temat środowiska zgromadzonego wokół Krytyki Politycznej oraz Gazety Wyborczej. Wśród samych uczestników „Kolorowej niepodległej” powiewały flagi czarne oraz czerwone.

Oto pełna treść tekstu pana Blumsztajna, opublikowanego w GW 12.11.2011, czyli nazajutrz po obchodach święta:

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Kiedy mobilizuje się stadionowych bandytów z całego kraju, to nie należy opowiadać o pokojowej demonstracji.
Kibole zjechali do Warszawy nie po to przecież, żeby się pokłonić Romanowi Dmowskiemu. Głośno krzyczeli, że chcą bić pedałów i je…ć policję. I rzucili się na policję, kiedy ich nie dopuściła do pedałów. Nie dało się tego wszystkiego zasłonić biało-czerwonymi sztandarami. Zresztą uczestnicy marszu nie palili się tak bardzo do patriotycznych symboli – ONR szedł np. pod przedwojennym żółto-czerwonym.
Politycy, którym marzy się elektorat zdyscyplinowanych kibicowskich kohort, powinni raz jeszcze przemyśleć swoje marzenia.
Inni, którzy uważali, że radykalny prawicowo-kibolski ruch to tylko kłopotliwy margines, wiedzą już, jak bardzo się mylili. Marsz Niepodległości przegrał dlatego, że pokazał swoją prawdziwą kibolską twarz, ale radykalna prawica zamanifestowała swoją siłę.
Zgromadzenie Kolorowej Niepodległej dzięki zdecydowanej i sprawnej akcji policji odniosło symboliczny sukces – obroniło Marszałkowską. I w dodatku blokujący wyszli z tego żywi. Ale widać już, że blokadami i policją nie zatrzymamy ani radykalnej nacjonalistycznej prawicy, ani potężniejącej fali kibolskiej przemocy. [ŹRÓDŁO]

Pierwsze co w powyższym artykule się zauważa, to jego wątłe rozmiary. O ile rok wcześniej pan redaktor zagłębił się w temat na przeszło pięć stron maszynopisu, to w 2011 jego tekst mieści się już na niecałej jednej stronie. To już nie są rozwlekłe dywagacje z artykułu „Nasze ulice”, w którym pan Blumsztajn syty jest poczuciem przechadzania się po zdobytej twierdzy. Tytuł artykułu z 2011 roku to dramatyczne pytanie „Jak ich zatrzymać” i nasuwa skojarzenia z frontową relacją o przemarszu wrogich wojsk, by na koniec wznieść przepojone bólem pytanie, w jaki sposób ten przemarsz można zastopować.
Niech nas jednak objętość tekstu nie prowadzi do niewłaściwego wniosku iż temat marszów urządzanych przez środowiska prawicowe, znudził się panu redaktorowi, wprost przeciwnie. Właściwie każde zdanie z tego tekstu jest ważne i w każde należy się zagłębić gdyż rodzi ono bardzo konkretne wnioski i reperkusje… W ciekawy sposób przedstawił to na swym blogu Roman Graczyk.

Osoby, które choć trochę dotknęły tematu warszawskich obchodów Dnia Niepodległości, a w szczególności wieczornego Marszu Niepodległości – dobrze zdają sobie sprawę z kontrastu w jaki ukazały go dwie telewizje informacyjne (TVP Info oraz TVN 24), a stanem rzeczywistym. Marsz został kompletnie przez stacje telewizyjne przemilczany, a jego faktyczny przebieg możemy poznać li tylko dzięki licznym nagraniom osób prywatnych, które umieściły je w Internecie. Nawiasem mówiąc, nagrań tych jest tak wiele, że nierzadko udaje się obejrzeć to samo wydarzenie filmowane z różnych ujęć.
Blumsztajn w swym tekście wykonuje manewr identyczny do powyższych dwóch stacji TV – sprowadza cały marsz kilkudziesięciu tysięcy osób, do tych 200-300 łobuzów, którzy kilkanaście minut przed planowanym rozpoczęciem pochodu, wzniecili swe zamieszki w bezpośrednim sąsiedztwie ludzi, którzy zgromadzili się by w Marszu Niepodległości przejść przez miasto. Pan redaktor nie pamięta już swoich słów sprzed kilku dni iż: – „po każdej stronie znaleźć można ekstremistów.” – Po prostu zrównuje cały Marsz do poziomu tego łobuzerskiego marginesu. Tematem otwartym pozostaje, czy tych 200-300 chuliganów można zaliczyć do ekstremistycznych uczestników Marszu Niepodległości, czy może byli to prowokatorzy… Wielu publicystów, a także internautów stawia aktualne do dziś pytania czy ci, którzy rozpoczęli burdy na warszawskim Placu Konstytucji, by później przenieść się w miejsce gdzie pochód miał się zakończyć, rozpoczęli swą bitwę bo mieli tak właśnie przygotowany scenariusz na ten dzień.

Salon redaktora Blumsztajna zwiera szereg
–„Widać już, że blokadami i policją nie zatrzymamy ani radykalnej nacjonalistycznej prawicy, ani potężniejącej fali kibolskiej przemocy” – mówi na zakończenie swego tekstu pan redaktor Blumsztajn. Stawia tym samym pod wątpliwość swe słowa o zwycięstwie zgromadzenia „Kolorowej niepodległej” z tego samego artykułu. Mnie jednak intryguje nie dysonans poznawczy wypływający z lektury tego artykułu prasowego, lecz konstatacja, że za pomocą blokad nie powstrzyma się już ludzi. Jakie plany i propozycje względem obchodów Dnia Niepodległości ma pan redaktor Seweryn Blumsztajn na przyszły rok, dowiemy się już za kilka miesięcy. Domyślać się można, że brany przez pana redaktora rozmach, będzie proporcjonalny do liczebności radykalnej nacjonalistycznej prawicy. Skoro w Marszu Niepodległości wzięło udział kilkadziesiąt tysiący osób, rozmach na pewno musi być niebagatelny.
Wskazówek dotyczących rozmachu, być może udzieli nam fakt zarejestrowania przez pana redaktora Towarzystwa Dziennikarskiego, o  którym wspomniałam w pierwszej części artykułu. Towarzystwa elitarnego – z założenia jego twórców – w którym będzie unosić się śmietana dziennikarska pływająca na samym wierzchu głównego nurtu dziennikarstwa. Towarzystwa, które będzie rozdawać laurki ludziom z własnego środowiska i udzielać reprymendy dla dziennikarzy spoza niego. Towarzystwa-getta, które będzie orzekać, stanowić, wręczać i desygnować…

Każdy ma taką elitę, na jaką zasłuży lub sam sobie stworzy – my dołóżmy starań by nie myśleć cudzymi kategoriami i nie dążyć do cudzych celów. Towarzystwo Dziennikarskie redaktora Blumsztajna, nie będzie dla mnie elitą walorów.

˙

Suplement audio-wizualny


[11.11.2011 Warszawa, blokada na ulicy Marszałkowskiej około godziny 15.00]

˙


[11.11.2011 Warszawa, Marsz Niepodległości]

ciąg dalszy

SALON ZWIERA SZEREG część 1

Wśród dziennikarzy podziały polityczne są właściwie głębsze niż między politykami. Politycy muszą jeszcze ze sobą współpracować, my nie musimy. Razem już nie sposób być. Seweryn Blumsztajn, 03.2012

˙

Pan Seweryn Blumsztajn, od sierpnia 1989 współtworzył „Gazetę Wyborczą”. W lipcu 2011 odszedł na niewątpliwie zasłużoną emeryturę. Niechaj nie smucą się jednak, zarówno wielbiciele słowa pisanego pana redaktora, jak i narybek dziennikarski złakniony zasłużonych autorytetów – pan Seweryn będzie nadal związany z „Gazetą Wyborczą”, a to jako komentator pełniący dyżury publicystyczne, a to redaktor nadzorujący codzienne wydania „Gazety” oraz prowadzący jej pierwszą stronę. Kilka dni temu wystąpił też z inicjatywą założenia stowarzyszenia dziennikarzy.

Na emeryturze ma się niewątpliwie więcej czasu na przemyślenia oraz wcielanie w życie różnych pomysłów i pan Seweryn nie odbiega pod tym względem od innych emerytów w naszym kraju. Nie każdy jednak emeryt, wykazuje w sobie tyle werwy i siły ducha by tworzyć stowarzyszenie dziennikarskie. W tym, emerytowany redaktor Blumsztajn, jest niewątpliwie wyróżniającym się emerytem w Polsce. Tym bardziej wyróżniającym, że pan redaktor nie chce tworzyć stowarzyszenia „jakiegoś tam”, lecz towarzystwo ekskluzywne, którego drzwi są na co dzień szczelnie zamknięte, a do ich uchylenia potrzeba co najmniej połowy członków…

Jak powiedział  związany z „Gazetą Wyborczą” Blumsztajn, stowarzyszenie jest w trakcie rejestracji. Dodał, że pomysł na jego założenie wziął się stąd, że w środowisku dziennikarskim „nie da się już być wspólnie”.
Wśród dziennikarzy podziały polityczne są właściwie głębsze niż między politykami. Politycy muszą jeszcze ze sobą współpracować, my nie musimy. Ilość pomyj wylewanych na siebie nawzajem jest już nie do zniesienia. Jedyny sposób, żeby jakoś istnieć, to grupować się osobno, a potem rozmawiać między sobą. Razem już nie sposób być. W tym sensie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest kompletną fikcją – powiedział Blumsztajn.
Blumsztajn zaznaczył, że według statutu Towarzystwa Dziennikarskiego każdy, kto chce się ubiegać o członkostwo w nim, musi zyskać poparcie co najmniej połowy dotychczasowych członków. – Zasada jest taka, że bardzo trudno się tam wchodzi. To jest dość zamknięty klub, dlatego stowarzyszenie nazywa się towarzystwem, a nasze zebrania nazywamy salonem – powiedział.
Jak poinformował, wśród członków założycieli stowarzyszenia są osoby „z wyższej półki medialnej”. Wymienił m.in.: Wojciecha Maziarskiego, Jana Ordyńskiego, Teresę Torańską, Dorotę Warakomską, Jacka Żakowskiego, Wojciecha Mazowieckiego, Cezarego Łazarewicza, Joannę Solską i Jacka Rakowieckiego.  [ŹRÓDŁO]

˙

Misyjne zacięcie pana redaktora, którego emanacją jest skrzyknięcie towarzystwa wzajemnej adoracji, dawało już o sobie znać we wcześniejszych latach jego życia. Spójrzmy jak rodziła się jedna z jego poprzednich inicjatyw, dotycząca blokowania Marszu Niepodległości…

Jak wie z dzieciństwa większość osób, by rozpoczęła się krystalizacja, niezbędny jest jakiś paproch wokół którego kryształ będzie narastać. Do tego by myśl przeoblekła się w materialny czyn, także niezbędny jest pewien drobny ośrodek, wokół którego rozpocznie się cały proces. Paproch ten, do oka pana Seweryna trafił podczas jego spaceru w pewne deszczowe popołudnie 11 listopada 2009 roku: –„Wróciłem wściekły do redakcji i przyrzekłem sobie, że nie zostawię tej sprawy dzieciom. To przecież hańba dla tego miasta, żeby spadkobiercy polskich faszystów maszerowali tu w Święto Niepodległości.” – mówi i wymyśla gwizdki, którymi obdarowywane były osoby, blokujące przemarsz warszawskimi ulicami ONRu, Wszechpolaków oraz sympatyków tych organizacji w listopadzie 2010.

˙

LISTOPADOWE POPOŁUDNIE 2010 czyli „Nasze ulice”
Krystalizacja myśli pana Seweryna, przebiegała w szczególnie widowiskowy sposób, właśnie w okolicach 11 listopada. W swym artykule „Nasze ulice” opublikowanym na łamach GW dnia 19.11.2010, mówi on:

Jak można protestować przeciwko legalnemu marszowi – pytają nie tylko publicyści, którzy szli pod sztandarem ONR, ale też niezaangażowani w spór liberalni dziennikarze. Bo jeśli ktoś maszeruje pod jakąś nieprzyjemną flagą albo skanduje niestosowne hasła, to od tego przecież jest policja i prokurator.
Otóż nie, od tego są też obywatele. Tym bardziej że państwo jest najczęściej bezsilne wobec ideologicznych sporów. Kontrmanifestacja wydaje mi się więc czymś zupełnie normalnym. A jeśli ktoś chce blokować fizycznie cudzy marsz, to ja osobiście – choć wielu moich przyjaciół ma w tej sprawie inne zdanie – też nie widzę w tym nic specjalnie zdrożnego. Tylko nie wolno udawać, że jest to zgodne z prawem, i trzeba być przygotowanym na konsekwencje: interwencję policji, zatrzymanie, sankcje.
Wielu dziennikarzy relacjonowało wydarzenia 11 listopada w taki sposób, jakby między narodowcami i tzw. antyfaszystami była oczywista symetria – po prostu się bili. To kłamstwo, stroną atakującą byli narodowcy. Blokujący bronili się… [ŹRÓDŁO]

Zatrzymajmy się przy tych ostatnich słowach:
–„To kłamstwo, stroną atakującą byli narodowcy. Blokujący bronili się…”–
Prawda ta, kierowana jest jednak tylko do masowych odbiorców GW. Kilka dni przed ich napisaniem, w dniu 14.11.2010, pan redaktor spotkał się z organizatorami blokady „antyfaszystowskiej” (w tym także antyfaszystami), gdzie mówił inną prawdę. Ta druga prawda, kierowana była do ograniczonego audytorium w Krytyce Politycznej i poprzedzona prośbą ze strony KP, by nie rejestrować spotkania ani nie sporządzać z niego notatek. Oto jakie między innymi padały tam słowa z ust pana redaktora:

– Wiecie, jak było się na tej manifestacji, to były takie momenty, że się nie wiedziało, czy stoisz wśród kiboli, czy wśród antify. Siły postępu wyglądały dość podobnie do sił zła.
Ja się obawiam, że dla wielu z nas, dla wielu ludzi z tej koalicji ważniejsze jest żeby się napieprzać z tymi neofaszystami, niż żeby kierować swój message do wszystkich innych ludzi.
Natomiast my oczywiście jesteśmy oskarżani o wywołanie zamieszek, ale to normalne, tak musiało być.
Nie określę tych wszystkich granic. Zwracam uwagę wam na to, gdzie musimy być,  jak musimy kombinować, jak musimy się samoograniczać, gdzie musimy wyznaczać sobie granice.
Tym bardziej, że w tak zwanych środowiskach lewicowych, w moim przekonaniu jest dość powszechna akceptacja tak zwanego rewolucyjnego terroru.
Kiedy oni zostali wypuszczeni przez policję tam dołem – to wiadomo było żeśmy wygrali – ludzie, którzy prowadzili tę manifestację wybrali, że się spotkamy z nimi jeszcze raz, na dole, a przecież mieliśmy do przejścia jeszcze cały Nowy Świat i tysiące ludzi, którzy mogli to zobaczyć. Ja się obawiam, że dla wielu z nas, dla wielu ludzi z tej koalicji ważniejsze jest żeby się napieprzać z tymi neofaszystami, niż żeby kierować swój message do wszystkich innych ludzi. Ja wam chciałem uświadomić, że w tym społeczeństwie będzie zawsze 15-20%, może 10%, ludzi o takich poglądach jak narodowcy. Dla wielu środowisk nie ma innego pomysłu, nie może być – na razie, przynajmniej – pomysłu na jakiś sposób integracji z narodem, ze społeczeństwem, odnalezienia się.
Natomiast jeśli chcemy walczyć z faszyzmem to musimy dotrzeć do tych wszystkich innych, którzy mają to gdzieś, którzy uważają to za margines, którzy obudzą się za parę lat… jeśli nie wyjdą z nami na tę manifestację, czy na jakąś formę protestu. To oni są naszym celem, to o nich chodzi, a nie o to żeby się napieprzać z tymi bandziorami.
Jeżeli o tym nie będziemy pamiętali to przegramy wszystko… wszystko… bo to nie o to chodzi.
Ja uważam, że akceptacja tego typu działań wiąże się z czymś – czym chciałbym zakończyć zresztą – z taką dość fundamentalną sprawą, która dotyczy tej młodej polskiej lewicy. Ja coraz częściej słyszę, że młodzi ludzie uważający się za lewicowych, biorą w nawias całe doświadczenie totalitarnego komunizmu. Taka postawa jest może łatwiejsza do akceptacji we Francji na przykład, gdzie nie było tego doświadczenia. Ale w Polsce o tym zapominać nie można. [ŹRÓDŁO #1; #2; #3]

˙

To dość zrozumiałe, że inaczej rozmawia się w gronie osób, których łączy jakiś wspólny cel, inaczej z wrogiem, a jeszcze inaczej toczy się rozmowy gdy odbywają się one na forum publicznym. Powinna być jednak co najmniej jedna cecha wspólna integrująca te różne formy, szczególnie gdy bierze w nich udział tak doświadczony dziennikarz. Cechą tą jest prawda, dziennikarska rzetelność, wiarygodność.

Po zapoznaniu się z cytowanymi materiałami, odniosłam głębokie przekonanie graniczące z pewności, że pan Blumsztajn co innego widzi, co innego słyszy a dodatkowo co innego pisze. Czy w swej lewicowości zapędził się tak daleko, że zasadę dialektyki marksistowskiej stosuje także pisząc swe teksty dziennikarskie? Czy oprócz ukazanych powyżej dwóch prawd, stosuje może też jakąś trzecią, przeznaczoną już tylko wyłącznie na kolegium redakcyjne?
Dokonajmy przeskoku o kilka dni naprzód i ze spotkania 14.10.2010 z organizatorami blokady – w tym także Antifą – w Krytyce Politycznej, powróćmy do tekstu „Nasze ulice” opublikowanego w GW 19.11.2010:
–„Pytałem
[na spotkaniu w KP; Sekunda] o mowę nienawiści, która pojawiła się na blokadzie, tłumaczyłem, że niektóre symbole lewicy, jak np. sierp i młot, są znacznie bardziej zbrodnicze niż sztandary ONR.”– mówi redaktor.
Antifa jednak nie wzięła sobie napomnień Blumsztajna do serca i na swych stronach internetowych zamieściła oświadczenie, które wręcz sam pan redaktor określił iż „brzmi niemal jak deklaracja Czerwonych Brygad”. Zapewne dla pana redaktora były to jednak  nie liczące się w ogólnym rozrachunku drobiazgi, skoro w swym tekście gładko konstatuje „bilans wstępny gwizdania nie jest wbrew pozorom najgorszy” , a cały tekst kończy nadzieją iż do przyszłego roku może uda się ponownie skleić „sojusz kolorowej lewicowej menażerii z »neoliberalnymi mediami« oraz »postępową klasą średnią«” i zaprotestują wówczas razem przeciw biedzie, wykluczeniu, ksenofobii i homofobii:
–„Pójdziemy pod biało-czerwoną flagą i czerwoną też, tylko bez sierpa i młota. Może na taki marsz przyjdą również chłopcy z Antify z odsłoniętymi już twarzami. I nie będziemy się już oglądać na narodowców. Po prostu się policzymy – kogo jest więcej” – dodaje na zakończenie artykułu.

ciąg dalszy

Seweryn Blumsztajn podczas rozdawania gwizdków po stronie blokujących. Warszawa 11.11.2010
[11.11.2010 Warszawa, Seweryn Blumsztajn rozdający gwizdki podczas blokady]