Operacja „Płeć Powstania Warszawskiego”, czyli p. Grzebalska rozbraja mit

Zbrojna walka jaką podjęli warszawiacy w 1944, była wielokrotnie obiektem najróżniejszych zafałszowań. Dziś, podczas codziennej prasówki, natrafiłam na informację że w najbliższą środę, odbędzie się spotkanie, promujące książkę „Płeć Powstania Warszawskiego”, którego autorką jest p. Weronika Grzebalska, a randez-vous poprowadzi Agnieszka Weseli (ksywka Furia):

plakat polaczenie
˙

Wiele osób zapewne będzie mocno zaskoczonych, że pozwoliłam sobie na powyższe zestawienie, jakże różnych plakatów. Na zdrowy rozum, nic ich nie łączy a wiele dzieli. Jednak, niekoniecznie należy posługiwać się wyłącznie zdrowym rozumem, niekiedy warto to i owo pamiętać, niekoniecznie ze szkoły. Otóż, powyższe dwa plakaty łączy osoba p. Agnieszki Weseli vel. Furia. Jest to działaczka feministyczna, współorganizatorka wydarzenia określanego mianem „Manifa”. P. Furia, jak to osoba wielu talentów, jest autorką zamieszczonego plakatu promującego „Manifę”. Komentując kilkanaście miesięcy temu ten manifowy plakat, stwierdziłam: –„Tegoroczny plakat reklamowy, przy wykonywaniu którego pomysłodawczyni zapewne kierowała się graficznym ukazaniem odwrotności hasła „Bóg, honor i ojczyzna”, uważam za nikczemny. No ale zapewne wykonawczyniom o taki efekt chodziło. Pewne środowiska prowadzą coraz głębszą, negatywną eksplorację tematów związanych z polskością.”– (źródło)

Proszę się zatem nie dziwić, że gdy przeczytałam iż p. Furia poprowadzi spotkanie dotyczące Powstania Warszawskiego, poczułam się zaskoczona. Zaskoczenie jednak, szybko przerodziło się w ciekawość i postanowiłam dociec, cóż takiego zawierać będzie książka „Płeć Powstania Warszawskiego”, że p. Furia zdecydowała się uczestniczyć w spotkaniu ją promującym.

Dość szybko natrafiłam na artykuł, który nie tylko umożliwił odpowiedź na powyższe pytania, lecz także pozwolił dowiedzieć się, jakie pobudki skłoniły autorkę p. Weronikę Grzebalską do sięgnięcia po pióro, a także jaki cel przyświecał jej podczas pisania książki. Materiał z tą „cenną” wiedzą, pochodzi z 03.08.2010, został opublikowany w serwisie www.krytykapolityczna.pl i nosi tytuł „Oddajmy powstanie kobietom, cywilom i Żydom” :

2010.08.03 oddajmy Powstanie

˙

P. Grzebalska ubolewa  w nim, że mimo upływu czasu, Powstanie Warszawskie jest wciąż dla wielu ludzi bardzo ważnym symbolem patriotyzmu. Ważnym nie tylko dla ludzi dojrzałych – jego symbolika jest też czytelna i pozytywnie wartościowana przez młode pokolenie. Jest to dla niej wystarczającym powodem do stwierdzenia, że: –„powstańcy powinni przestać być traktowani jak arbitrzy od patriotyzmu czy wychowawcy młodzieży”. –

Według niej, tematyka Powstania Warszawskiego, jest zbyt mocno osadzona w polskiej kulturze, cieszy się zbyt dużym poważaniem, a także ma zbyt bogaty/wieloraki przekaz informacyjny, by można było rozprawić się z nim, li tylko podważając/kontestując jego sens:
–„W kontekście zarysowanych tu procesów, zamienienie Muzeum Powstania Warszawskiego w „martwy pomnik” wydaje się po prostu niemożliwe, przynajmniej na razie. Zresztą, nawet polityce historycznej okresu powojennego – mimo takich jej mechanizmów jak prześladowania, cenzura i całkowity brak miejsc pamięci w rodzaju pomników czy muzeów – nie udało się wymazać powstania z pamięci społecznej.” –

Co należy zatem uczynić, by Powstanie Warszawskie stało się jedynie martwym pomnikiem? Otóż, według p. Grzebalskiej: –„jedyną drogą jest otwieranie Muzeum na pamięć grup marginalizowanych, mogącą podważyć hegemoniczną narrację: świadectwa powstańców żydowskiego pochodzenia, którzy ukrywali swoją tożsamość z obawy przed egzekucją z rąk akowców, antyheroiczną opowieść cywilów o piwnicznej gehennie i gwałtach, wspomnienia powstanek o dyskryminacji w szeregach podziemnej armii.”–

Od chwili wypowiedzenia powyższych słów minęło kilka lat, które p. Grzebalska spędziła na przekuwaniu słów w czyn i oto mamy już jutro, w środę 15.01.2014, spotkanie z osobą, która nie tylko ma coś do powiedzenia w temacie obalania powstańczych mitów – ma w tym już pewne osiągnięcie. Jest nią książka „Płeć Powstania Warszawskiego”, którego wydawcą jest Narodowe Centrum Kultury (źródło).

–♦–

Źródła:

1. 03.08.2010 „Oddajmy powstanie kobietom, cywilom i Żydom” Weronika Grzebalska

2. 14.10.2013 Przetarg na druk książki, ogłoszony przez Narodowe centrum Kultury.

3. 15.01.2014 „Spotkanie z Weroniką Grzebalską, autorką książki »Płeć Powstania Warszawskiego w Feminotece”«; http://www.kulturalna.warszawa.pl

Reklamy

Święto Wojska Polskiego 15.08.2012, obchody centralne

Wczoraj, 15 sierpnia, obchodziliśmy w kraju Święto Wojska Polskiego. Zostało ono wprowadzone ustawą sejmową w 1992. Datę 15.08 wybrano dla uczczenia zwycięstwa Polski w wojnie z ZSRR. Przypominam, że Polacy zatrzymali wówczas rosyjski przemarsz, podczas którego nasi wschodni bracia pragnęli rozniecić płomień rewolucji na całym kontynencie oraz wyzwolić kontynentalną (w późniejszym etapie ogólnoświatową) klasę robotniczą od imperialistycznych/burżuazyjnych/faszystowskich/antysemickich rządów, rozpanoszonych wówczas w Europie, w tym też w Polsce (przytaczam tu oczywiście punkt widzenia rosyjskich komunistów).

WARSZAWA: Plac Piłsudskiego i okolice.

˙

Niektóre osoby, z wydarzeniami 1920 roku, a także z decydującą bitwą na obrzeżach Warszawy (tak zwana Bitwa Warszawska lub „Cud nad Wisłą”), wiążą Józefa Piłsudskiego. Zważywszy, że marszałek Piłsudski był wówczas Naczelnym Wodzem polskich sił zbrojnych — skojarzenie to wydaje się mieć sens.

Główne obchody Święta Wojska Polskiego odbywają się w Warszawie, na Placu Piłsudskiego, a przewodzi nim prezydent Polski. To także wydaje się mieć sens, bo i plac ma właściwą ku temu nazwę (stoi tam nawet pomnik Piłsudskiego), a i prezydent sprawia wrażenie być właściwą osobą by unieść całość tematu na reprezentacyjnych barkach swego urzędu, jako że jest on oprócz prezydentem, także głównodowodzącym polskich sił zbrojnych.

W tym roku, jak co roku, obchody odbywały się na Placu Piłsudskiego. Jak co roku, przez prezydenta został złożony wieniec przy Grobie Nieznanego Żołnierza i gdy część, co bardziej obeznanych z tradycją mieszkańców stolicy, podążyła za prezydentem by ujrzeć jak składa on też wieniec pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego — nastąpiła niespodzianka. Prezydent ominął rzeczony pomnik wraz z czekającymi z wieńcem dwoma żołnierzami w paradnych mundurach, i podążył do swego nieodległego pałacyku (zwanego też Pałacem Namiestnikowskim).
Licznie zgromadzeni oficjele, ciągnący się sznureczkiem za prezydentem, nie wydawali się być skonsternowani sytuacją i bez niepotrzebnego przystawania/zwalniania przy pomniku — podążyli za głównodowodzącym.

Przytomnością wykazali się dwaj żołnierze oczekujący z roślinami, którzy postanowili nie tkwić jak kołki czekając sądnego dnia, lecz paradnym krokiem i w asyście kilku zaskoczonych sytuacją przechodniów, złożyli wieniec pod pomnikiem.

Dwuczęściowy film, dokumentujący tę nową świecką tradycję:

Ksenofobia Polskiego Hymnu

Założyciel legendarnego zespołu TSA, a obecnie lider kapeli ZŁE PSY, wydał płytę. Zapewne fakt ten zostałby odnotowany przez stosunkowo wąskie grono fanów i dziennikarzy muzycznych zapuszczających się w niszowe rejony twórczości muzycznej, gdyby nie artykuł Gazety Wyborczej. Tym razem, ten kulturo-, opinio-, autoryteto- oraz trendotwórczy dziennik, postanowił po raz kolejny zmierzyć się z tematem patriotyzmu, obierając za cel swej analizy, utwór rzeczonego zespołu ZŁE PSY zatytułowany „Urodziłem się w Polsce”.

Jak powszechnie wiadomo, każdemu wolno śpiewać, a o gustach się nie dyskutuje – nie będę zatem zabierać zdania ani o warstwie muzycznej utworu, ani o treściach w nich poruszonych. To temat dla fanów i ewentualnie krytyków literackich/muzycznych. Poczułam jednak wewnętrzną potrzebę by wypowiedzieć się na temat osoby, która doszukała się w piosence „Urodziłem się w Polsce”, treści groźnych społecznie…

Marzanna Pogorzelska, nauczycielka [języka angielskiego] z Kędzierzyna-Koźla, laureatka wielu nagród za szerzenie tolerancji. – Piosenka ta jak dla mnie jest bardzo ksenofobiczna i pseudopatriotyczna. Bycie dumnym z rzeczy, na które nie mamy wpływu, jak miejsce urodzenia, jest dla mnie niezrozumiałe, podobnie jak odgrażanie się, że „ale jeszcze my żyjemy, wszystkim wkoło pokażemy”. Ten model polskości i patriotyzmu – bezrefleksyjny i poszukujący wrogów rzekomo zagrożonej polskości – jest mi zupełnie obcy – komentuje. [ŹRÓDŁO]

Postać pani Marzanny kreowanej w tekście na autorytet w temacie postaw społecznych, zaintrygowała mnie na tyle, że postanowiłam zerknąć czym zasłużyła się autorka powyższego cytatu, że dziennikarz (lub zespół redakcyjny) zaprosił ją do grona rozmówców.

Pani Marzanna otrzymała w 2008 roku nagrodę Hiacynt, która przydzielana jest przez Fundację Równości za zasługi dla tolerancji, równouprawnienia i walki z dyskryminacją. Laureatka została doceniona w kategorii OSOBOWOŚĆ 2008, za donos na samą siebie do byłego ministra edukacji Romana Giertycha, w którym stwierdziła, że wbrew jego przekonaniom głosi na swoich lekcjach zasady tolerancji i akceptacji dla inności i mniejszości. Promuje w szkole tolerancję, walkę o prawa i godność człowieka.
– Jest jedną z nielicznych osób, które siłą swojej osobowości, swoimi działaniami próbują zmienić ten świat na bardziej tolerancyjny, na lepszy – mówi Tomasz Bączkowski, prezes Fundacji Równości, która przyznaje nagrodę. – Jest, niestety, chlubnym wyjątkiem, dlatego tym bardziej warto ją docenić – dodaje.
[ŹRÓDŁA: 1; 2; 3].

Pominąwszy intrygujący temat bycia „niestety chlubnym wyjątkiem”, podążajmy dalej ścieżką nagród otrzymanych przez panią Marzannę…
Także w 2008 roku, stała się laureatką Nagrody Tolerancji, która jest wręczana w Niemczech, Francji, Polsce i Hiszpanii osobom prywatnym oraz organizacjom w uznaniu ich działań antyhomofobicznych i przeciwstawiających się mowie nienawiści w Europie. W zaszczytnym gronie polskich posiadaczy Nagrody Tolerancji, znaleźli się też: Kazimierz Kutz i Piotr Pacewicz. [ŹRÓDŁO].

Nie jest to koniec dotychczasowych osiągnięć pani Marzanny – 2010 roku, nauczycielka otrzymała  Nagrodę im. Ireny Sendlerowej „Za naprawianie świata”. Jest ona przyznawana corocznie nauczycielom szkół podstawowych i ponadpodstawowych, którzy uczą i wychowują młodzież w duchu tolerancji, poszanowania dla innych, inspirują do działań zgodnych z tymi zasadami i odgrywają aktywną rolę w szkole i społeczności lokalnej. Nagrodę w wysokości 10 tys. USD, otrzymuje jeden nauczyciel z Polski i jeden z USA.
Jak podaje kapituła, laureatka nagrody uzyskała poprzednio wyróżnienia międzynarodowe za konsekwentne edukowanie i wspieranie postaw tolerancji na przekór władzy i za zasługi na rzecz równouprawnienia i walki z dyskryminacją. Realizuje projekty edukacji wielokulturowej i edukacji na rzecz praw człowieka.
Warto nadmienić, że program konkursu nagrody im. I. Sendlerowej jest dofinansowany ze środków Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe oraz Fundacji Róży Luksemburg. Nazwa tej ostatniej pochodzi od komunistycznej działaczki znanej między innymi z podkreślania konieczności (z rewolucyjnego punktu widzenia) wprowadzania przez bolszewików wielu „środków nadzwyczajnych”. Róża Luksemburg kwestionowała też polskie dążenia niepodległościowe uzasadniając ich irracjonalność, razem z Julianem Marchlewskim zwalczała patriotyczne nurty w polskim ruchu socjalistycznym (PPS). Niektóre cytaty działaczki: „Niepodleglość Polski jest reakcyjną utopią, nie dającą się pogodzić z ekonomicznym wcieleniem Polski do państwa rosyjskiego”; „Socjalizm albo barbarzyństwo – innej drogi nie ma!”; „Kler, nie mniej niż klasa kapitalistyczna, żyje na plecach ludu – ciągnie korzyści z degradacji, ignorancji i ucisku ludu.”
[ŹRÓDŁA: 1; 2; 3; 4; 5; 6]

Mając na względzie fakt, iż piosenka zespołu ZŁE PSY ma charakter niszowy (w każdym razie miała takowy do czasu nagłośnienia sprawy przez GW), pozostaje zadać pytanie czy Pani Marzanna poczuwszy wiatr w żaglach, weźmie się może teraz za Polski Hymn naszpikowany znacznie groźniejszymi deklaracjami. Miejmy nadzieję że lewicowe,  antykościelne i antychrześcijańskie środowiska przestaną atakować różne przejawy aspektów patriotycznych lub chrześcijańskich – może okażą się tolerancyjne, antyhomofobiczne, powstrzymają mowę nienawiści i zawalczą z dyskryminacją przejawów polskości. Jeśli jednak walka na tym froncie będzie równie zażarta jak w ostatnich miesiącach, pozostaje się zastanowić jak po przepuszczeniu przez ten opacznie rozumiany przez lewicę filtr „równouprawnienia, walki z dyskryminacją, ksenofobią, mową nienawiści oraz wspierania toleracji” powinny brzmieć poniższe zwrotki:

Jeszcze Polska nie zginęła,
Kiedy my żyjemy.
Co nam obca przemoc wzięła,
Szablą odbierzemy

Przejdziem Wisłę przejdziem Wartę
będziem Polakami
dał nam przykład Bonaparte
jak zwyciężać mamy.

Niemiec, Moskal nie osiędzie,
gdy jąwszy pałasza,
hasłem wszystkich zgoda będzie
i ojczyzna nasza.

SALON ZWIERA SZEREG część 2

Wśród dziennikarzy podziały polityczne są właściwie głębsze niż między politykami. Politycy muszą jeszcze ze sobą współpracować, my nie musimy. Razem już nie sposób być. Seweryn Blumsztajn, 03.2012

˙

Pierwsza część artykułu zakończyła się na etapie nadziei redaktora Blumsztajna na to, jak wyglądać będzie Święto Niepodległości anno Domini 2011: –„Pójdziemy pod biało-czerwoną flagą i czerwoną też, tylko bez sierpa i młota. Może na taki marsz przyjdą również chłopcy z Antify z odsłoniętymi już twarzami. I nie będziemy się już oglądać na narodowców. Po prostu się policzymy – kogo jest więcej” – dodaje na zakończenie swego tekstu „Nasze ulice” opublikowanego w GW 19.11.2010.

12 miesięcy później czyli „Jak ich zatrzymać?”
Kilka dni przed świętem 11.11.2011, pan Blumsztajn publikuje tekst pod znamiennym tytułem „Prawdziwi demokraci udają się na cmentarz”. Przyjrzyjmy się jego słowom…
Na wstępie redaktor protestuje przeciwko symetrycznemu traktowaniu Marszu Niepodległości i kontrmanifestanów. Tych ostatnich ustawia w roli szlachetnych wojowników walczących z, jak pisze: –„coraz silniejszym nurtem radykalnej prawicy narodowo-katolickiej. Dziś przyłączają się do niego co radykalniejsi prawicowi publicyści i posłowie PiS; jutro ten nurt będzie w Sejmie współdecydował o losach Polski.” – straszy czytelnika.
„Nie namawiam nikogo do blokady” – mówi pan redaktor… Opinię, czy pan Blumsztajn namawia do udziału w  blokadzie mającej uniemożliwić pochód Marszu Niepodległości podczas warszawskich obchodów święta 11 listopada w dniu 11.11.2011, pozostawiam czytelnikom. W mojej ocenie, poniższe zdania wyczerpują znamiona rekomendacji by na blokadę się wybrać: –„Nie każdy popiera blokady, ale tylko ci »lewacy z Leninem w jednej ręce i kamieniem w drugiej« coś w tej sprawie usiłują zrobić. (..) Nie namawiam nikogo do blokady, namawiam, żeby w tej debacie zabrać głos. I niech każdy znajdzie sposób, by jego głos był słyszalny.”– Czy słyszalnym głosem sprzeciwu w ten dzień, będzie wybranie się na cmentarz czy na blokadę?
Na wszelki wypadek dodaje też, że choć w poprzednim roku dochodziło do bójek to: –„nie to jest najważniejsze, bo przecież po każdej stronie znaleźć można ekstremistów. (..) Radykalna lewica – owszem, jest, ale to mniejszość.”– Szkoda, że spostrzeżenia tego, pan Blumsztajn nie odnosi już, gdy kilka dni później około 200-300 chuliganów, będących pod względem liczebności ułamkiem procenta w stosunku do liczebności Marszu Niepodległości, wywołuje zamieszki krótko przed rozpoczęciem się Marszu.


–♦–

11.11.2011… Na apel do blokowania Marszu odpowiedziało niewielu czytelników Gazety. „Kolorowa niepodległa”, liczyła w momencie planowanego rozpoczęcia się Marszu Niepodległości o godzinie 15:00, może 1000 osób (patrz zdjęcie blokady). Zwolenników tego drugiego, przybyło na warszawski Plac Konstytucji około 10 000. Wielkość całego Marszu Niepodległości na ulicach Warszawy to już liczba kilkudziesięciu tysięcy.
W tekście „Nasze ulice” z 2010, pan Blumsztajn przedstawia swe nadzieje na to, jak wyglądać miałyby obchody w 2011: –„Pójdziemy pod biało-czerwoną flagą i czerwoną też, tylko bez sierpa i młota. Może na taki marsz przyjdą również chłopcy z Antify z odsłoniętymi już twarzami. I nie będziemy się już oglądać na narodowców. Po prostu się policzymy – kogo jest więcej”. Nie będę rozwodzić się nad tymi słowami. Biorąc pod uwagę liczebny kontrast, nie wypada tego robić (patrz „suplement audio-wizualny” na końcu tekstu).
Nie całkiem ziściły się też nadzieje pana Blumsztajna sprzed roku. Chłopcy z Antify zablokowali ulicę Marszałkowską na całej szerokości kilkudziesięciu metrów, zjawiając się tam z zasłoniętymi twarzami. Jedyne biało-czerwone flagi w grupie „Kolorowej niepodległej”, znajdowały się na ichniej platformie, otoczone tęczowymi flagami i były zawieszone by najpewniej pełnić rolę sztafażu i kamuflażu, wprowadzającego w błąd przypadkowych widzów tego spektaklu oraz osoby nie mające należytej wiedzy na temat środowiska zgromadzonego wokół Krytyki Politycznej oraz Gazety Wyborczej. Wśród samych uczestników „Kolorowej niepodległej” powiewały flagi czarne oraz czerwone.

Oto pełna treść tekstu pana Blumsztajna, opublikowanego w GW 12.11.2011, czyli nazajutrz po obchodach święta:

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Kiedy mobilizuje się stadionowych bandytów z całego kraju, to nie należy opowiadać o pokojowej demonstracji.
Kibole zjechali do Warszawy nie po to przecież, żeby się pokłonić Romanowi Dmowskiemu. Głośno krzyczeli, że chcą bić pedałów i je…ć policję. I rzucili się na policję, kiedy ich nie dopuściła do pedałów. Nie dało się tego wszystkiego zasłonić biało-czerwonymi sztandarami. Zresztą uczestnicy marszu nie palili się tak bardzo do patriotycznych symboli – ONR szedł np. pod przedwojennym żółto-czerwonym.
Politycy, którym marzy się elektorat zdyscyplinowanych kibicowskich kohort, powinni raz jeszcze przemyśleć swoje marzenia.
Inni, którzy uważali, że radykalny prawicowo-kibolski ruch to tylko kłopotliwy margines, wiedzą już, jak bardzo się mylili. Marsz Niepodległości przegrał dlatego, że pokazał swoją prawdziwą kibolską twarz, ale radykalna prawica zamanifestowała swoją siłę.
Zgromadzenie Kolorowej Niepodległej dzięki zdecydowanej i sprawnej akcji policji odniosło symboliczny sukces – obroniło Marszałkowską. I w dodatku blokujący wyszli z tego żywi. Ale widać już, że blokadami i policją nie zatrzymamy ani radykalnej nacjonalistycznej prawicy, ani potężniejącej fali kibolskiej przemocy. [ŹRÓDŁO]

Pierwsze co w powyższym artykule się zauważa, to jego wątłe rozmiary. O ile rok wcześniej pan redaktor zagłębił się w temat na przeszło pięć stron maszynopisu, to w 2011 jego tekst mieści się już na niecałej jednej stronie. To już nie są rozwlekłe dywagacje z artykułu „Nasze ulice”, w którym pan Blumsztajn syty jest poczuciem przechadzania się po zdobytej twierdzy. Tytuł artykułu z 2011 roku to dramatyczne pytanie „Jak ich zatrzymać” i nasuwa skojarzenia z frontową relacją o przemarszu wrogich wojsk, by na koniec wznieść przepojone bólem pytanie, w jaki sposób ten przemarsz można zastopować.
Niech nas jednak objętość tekstu nie prowadzi do niewłaściwego wniosku iż temat marszów urządzanych przez środowiska prawicowe, znudził się panu redaktorowi, wprost przeciwnie. Właściwie każde zdanie z tego tekstu jest ważne i w każde należy się zagłębić gdyż rodzi ono bardzo konkretne wnioski i reperkusje… W ciekawy sposób przedstawił to na swym blogu Roman Graczyk.

Osoby, które choć trochę dotknęły tematu warszawskich obchodów Dnia Niepodległości, a w szczególności wieczornego Marszu Niepodległości – dobrze zdają sobie sprawę z kontrastu w jaki ukazały go dwie telewizje informacyjne (TVP Info oraz TVN 24), a stanem rzeczywistym. Marsz został kompletnie przez stacje telewizyjne przemilczany, a jego faktyczny przebieg możemy poznać li tylko dzięki licznym nagraniom osób prywatnych, które umieściły je w Internecie. Nawiasem mówiąc, nagrań tych jest tak wiele, że nierzadko udaje się obejrzeć to samo wydarzenie filmowane z różnych ujęć.
Blumsztajn w swym tekście wykonuje manewr identyczny do powyższych dwóch stacji TV – sprowadza cały marsz kilkudziesięciu tysięcy osób, do tych 200-300 łobuzów, którzy kilkanaście minut przed planowanym rozpoczęciem pochodu, wzniecili swe zamieszki w bezpośrednim sąsiedztwie ludzi, którzy zgromadzili się by w Marszu Niepodległości przejść przez miasto. Pan redaktor nie pamięta już swoich słów sprzed kilku dni iż: – „po każdej stronie znaleźć można ekstremistów.” – Po prostu zrównuje cały Marsz do poziomu tego łobuzerskiego marginesu. Tematem otwartym pozostaje, czy tych 200-300 chuliganów można zaliczyć do ekstremistycznych uczestników Marszu Niepodległości, czy może byli to prowokatorzy… Wielu publicystów, a także internautów stawia aktualne do dziś pytania czy ci, którzy rozpoczęli burdy na warszawskim Placu Konstytucji, by później przenieść się w miejsce gdzie pochód miał się zakończyć, rozpoczęli swą bitwę bo mieli tak właśnie przygotowany scenariusz na ten dzień.

Salon redaktora Blumsztajna zwiera szereg
–„Widać już, że blokadami i policją nie zatrzymamy ani radykalnej nacjonalistycznej prawicy, ani potężniejącej fali kibolskiej przemocy” – mówi na zakończenie swego tekstu pan redaktor Blumsztajn. Stawia tym samym pod wątpliwość swe słowa o zwycięstwie zgromadzenia „Kolorowej niepodległej” z tego samego artykułu. Mnie jednak intryguje nie dysonans poznawczy wypływający z lektury tego artykułu prasowego, lecz konstatacja, że za pomocą blokad nie powstrzyma się już ludzi. Jakie plany i propozycje względem obchodów Dnia Niepodległości ma pan redaktor Seweryn Blumsztajn na przyszły rok, dowiemy się już za kilka miesięcy. Domyślać się można, że brany przez pana redaktora rozmach, będzie proporcjonalny do liczebności radykalnej nacjonalistycznej prawicy. Skoro w Marszu Niepodległości wzięło udział kilkadziesiąt tysiący osób, rozmach na pewno musi być niebagatelny.
Wskazówek dotyczących rozmachu, być może udzieli nam fakt zarejestrowania przez pana redaktora Towarzystwa Dziennikarskiego, o  którym wspomniałam w pierwszej części artykułu. Towarzystwa elitarnego – z założenia jego twórców – w którym będzie unosić się śmietana dziennikarska pływająca na samym wierzchu głównego nurtu dziennikarstwa. Towarzystwa, które będzie rozdawać laurki ludziom z własnego środowiska i udzielać reprymendy dla dziennikarzy spoza niego. Towarzystwa-getta, które będzie orzekać, stanowić, wręczać i desygnować…

Każdy ma taką elitę, na jaką zasłuży lub sam sobie stworzy – my dołóżmy starań by nie myśleć cudzymi kategoriami i nie dążyć do cudzych celów. Towarzystwo Dziennikarskie redaktora Blumsztajna, nie będzie dla mnie elitą walorów.

˙

Suplement audio-wizualny


[11.11.2011 Warszawa, blokada na ulicy Marszałkowskiej około godziny 15.00]

˙


[11.11.2011 Warszawa, Marsz Niepodległości]

ciąg dalszy

SALON ZWIERA SZEREG część 1

Wśród dziennikarzy podziały polityczne są właściwie głębsze niż między politykami. Politycy muszą jeszcze ze sobą współpracować, my nie musimy. Razem już nie sposób być. Seweryn Blumsztajn, 03.2012

˙

Pan Seweryn Blumsztajn, od sierpnia 1989 współtworzył „Gazetę Wyborczą”. W lipcu 2011 odszedł na niewątpliwie zasłużoną emeryturę. Niechaj nie smucą się jednak, zarówno wielbiciele słowa pisanego pana redaktora, jak i narybek dziennikarski złakniony zasłużonych autorytetów – pan Seweryn będzie nadal związany z „Gazetą Wyborczą”, a to jako komentator pełniący dyżury publicystyczne, a to redaktor nadzorujący codzienne wydania „Gazety” oraz prowadzący jej pierwszą stronę. Kilka dni temu wystąpił też z inicjatywą założenia stowarzyszenia dziennikarzy.

Na emeryturze ma się niewątpliwie więcej czasu na przemyślenia oraz wcielanie w życie różnych pomysłów i pan Seweryn nie odbiega pod tym względem od innych emerytów w naszym kraju. Nie każdy jednak emeryt, wykazuje w sobie tyle werwy i siły ducha by tworzyć stowarzyszenie dziennikarskie. W tym, emerytowany redaktor Blumsztajn, jest niewątpliwie wyróżniającym się emerytem w Polsce. Tym bardziej wyróżniającym, że pan redaktor nie chce tworzyć stowarzyszenia „jakiegoś tam”, lecz towarzystwo ekskluzywne, którego drzwi są na co dzień szczelnie zamknięte, a do ich uchylenia potrzeba co najmniej połowy członków…

Jak powiedział  związany z „Gazetą Wyborczą” Blumsztajn, stowarzyszenie jest w trakcie rejestracji. Dodał, że pomysł na jego założenie wziął się stąd, że w środowisku dziennikarskim „nie da się już być wspólnie”.
Wśród dziennikarzy podziały polityczne są właściwie głębsze niż między politykami. Politycy muszą jeszcze ze sobą współpracować, my nie musimy. Ilość pomyj wylewanych na siebie nawzajem jest już nie do zniesienia. Jedyny sposób, żeby jakoś istnieć, to grupować się osobno, a potem rozmawiać między sobą. Razem już nie sposób być. W tym sensie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest kompletną fikcją – powiedział Blumsztajn.
Blumsztajn zaznaczył, że według statutu Towarzystwa Dziennikarskiego każdy, kto chce się ubiegać o członkostwo w nim, musi zyskać poparcie co najmniej połowy dotychczasowych członków. – Zasada jest taka, że bardzo trudno się tam wchodzi. To jest dość zamknięty klub, dlatego stowarzyszenie nazywa się towarzystwem, a nasze zebrania nazywamy salonem – powiedział.
Jak poinformował, wśród członków założycieli stowarzyszenia są osoby „z wyższej półki medialnej”. Wymienił m.in.: Wojciecha Maziarskiego, Jana Ordyńskiego, Teresę Torańską, Dorotę Warakomską, Jacka Żakowskiego, Wojciecha Mazowieckiego, Cezarego Łazarewicza, Joannę Solską i Jacka Rakowieckiego.  [ŹRÓDŁO]

˙

Misyjne zacięcie pana redaktora, którego emanacją jest skrzyknięcie towarzystwa wzajemnej adoracji, dawało już o sobie znać we wcześniejszych latach jego życia. Spójrzmy jak rodziła się jedna z jego poprzednich inicjatyw, dotycząca blokowania Marszu Niepodległości…

Jak wie z dzieciństwa większość osób, by rozpoczęła się krystalizacja, niezbędny jest jakiś paproch wokół którego kryształ będzie narastać. Do tego by myśl przeoblekła się w materialny czyn, także niezbędny jest pewien drobny ośrodek, wokół którego rozpocznie się cały proces. Paproch ten, do oka pana Seweryna trafił podczas jego spaceru w pewne deszczowe popołudnie 11 listopada 2009 roku: –„Wróciłem wściekły do redakcji i przyrzekłem sobie, że nie zostawię tej sprawy dzieciom. To przecież hańba dla tego miasta, żeby spadkobiercy polskich faszystów maszerowali tu w Święto Niepodległości.” – mówi i wymyśla gwizdki, którymi obdarowywane były osoby, blokujące przemarsz warszawskimi ulicami ONRu, Wszechpolaków oraz sympatyków tych organizacji w listopadzie 2010.

˙

LISTOPADOWE POPOŁUDNIE 2010 czyli „Nasze ulice”
Krystalizacja myśli pana Seweryna, przebiegała w szczególnie widowiskowy sposób, właśnie w okolicach 11 listopada. W swym artykule „Nasze ulice” opublikowanym na łamach GW dnia 19.11.2010, mówi on:

Jak można protestować przeciwko legalnemu marszowi – pytają nie tylko publicyści, którzy szli pod sztandarem ONR, ale też niezaangażowani w spór liberalni dziennikarze. Bo jeśli ktoś maszeruje pod jakąś nieprzyjemną flagą albo skanduje niestosowne hasła, to od tego przecież jest policja i prokurator.
Otóż nie, od tego są też obywatele. Tym bardziej że państwo jest najczęściej bezsilne wobec ideologicznych sporów. Kontrmanifestacja wydaje mi się więc czymś zupełnie normalnym. A jeśli ktoś chce blokować fizycznie cudzy marsz, to ja osobiście – choć wielu moich przyjaciół ma w tej sprawie inne zdanie – też nie widzę w tym nic specjalnie zdrożnego. Tylko nie wolno udawać, że jest to zgodne z prawem, i trzeba być przygotowanym na konsekwencje: interwencję policji, zatrzymanie, sankcje.
Wielu dziennikarzy relacjonowało wydarzenia 11 listopada w taki sposób, jakby między narodowcami i tzw. antyfaszystami była oczywista symetria – po prostu się bili. To kłamstwo, stroną atakującą byli narodowcy. Blokujący bronili się… [ŹRÓDŁO]

Zatrzymajmy się przy tych ostatnich słowach:
–„To kłamstwo, stroną atakującą byli narodowcy. Blokujący bronili się…”–
Prawda ta, kierowana jest jednak tylko do masowych odbiorców GW. Kilka dni przed ich napisaniem, w dniu 14.11.2010, pan redaktor spotkał się z organizatorami blokady „antyfaszystowskiej” (w tym także antyfaszystami), gdzie mówił inną prawdę. Ta druga prawda, kierowana była do ograniczonego audytorium w Krytyce Politycznej i poprzedzona prośbą ze strony KP, by nie rejestrować spotkania ani nie sporządzać z niego notatek. Oto jakie między innymi padały tam słowa z ust pana redaktora:

– Wiecie, jak było się na tej manifestacji, to były takie momenty, że się nie wiedziało, czy stoisz wśród kiboli, czy wśród antify. Siły postępu wyglądały dość podobnie do sił zła.
Ja się obawiam, że dla wielu z nas, dla wielu ludzi z tej koalicji ważniejsze jest żeby się napieprzać z tymi neofaszystami, niż żeby kierować swój message do wszystkich innych ludzi.
Natomiast my oczywiście jesteśmy oskarżani o wywołanie zamieszek, ale to normalne, tak musiało być.
Nie określę tych wszystkich granic. Zwracam uwagę wam na to, gdzie musimy być,  jak musimy kombinować, jak musimy się samoograniczać, gdzie musimy wyznaczać sobie granice.
Tym bardziej, że w tak zwanych środowiskach lewicowych, w moim przekonaniu jest dość powszechna akceptacja tak zwanego rewolucyjnego terroru.
Kiedy oni zostali wypuszczeni przez policję tam dołem – to wiadomo było żeśmy wygrali – ludzie, którzy prowadzili tę manifestację wybrali, że się spotkamy z nimi jeszcze raz, na dole, a przecież mieliśmy do przejścia jeszcze cały Nowy Świat i tysiące ludzi, którzy mogli to zobaczyć. Ja się obawiam, że dla wielu z nas, dla wielu ludzi z tej koalicji ważniejsze jest żeby się napieprzać z tymi neofaszystami, niż żeby kierować swój message do wszystkich innych ludzi. Ja wam chciałem uświadomić, że w tym społeczeństwie będzie zawsze 15-20%, może 10%, ludzi o takich poglądach jak narodowcy. Dla wielu środowisk nie ma innego pomysłu, nie może być – na razie, przynajmniej – pomysłu na jakiś sposób integracji z narodem, ze społeczeństwem, odnalezienia się.
Natomiast jeśli chcemy walczyć z faszyzmem to musimy dotrzeć do tych wszystkich innych, którzy mają to gdzieś, którzy uważają to za margines, którzy obudzą się za parę lat… jeśli nie wyjdą z nami na tę manifestację, czy na jakąś formę protestu. To oni są naszym celem, to o nich chodzi, a nie o to żeby się napieprzać z tymi bandziorami.
Jeżeli o tym nie będziemy pamiętali to przegramy wszystko… wszystko… bo to nie o to chodzi.
Ja uważam, że akceptacja tego typu działań wiąże się z czymś – czym chciałbym zakończyć zresztą – z taką dość fundamentalną sprawą, która dotyczy tej młodej polskiej lewicy. Ja coraz częściej słyszę, że młodzi ludzie uważający się za lewicowych, biorą w nawias całe doświadczenie totalitarnego komunizmu. Taka postawa jest może łatwiejsza do akceptacji we Francji na przykład, gdzie nie było tego doświadczenia. Ale w Polsce o tym zapominać nie można. [ŹRÓDŁO #1; #2; #3]

˙

To dość zrozumiałe, że inaczej rozmawia się w gronie osób, których łączy jakiś wspólny cel, inaczej z wrogiem, a jeszcze inaczej toczy się rozmowy gdy odbywają się one na forum publicznym. Powinna być jednak co najmniej jedna cecha wspólna integrująca te różne formy, szczególnie gdy bierze w nich udział tak doświadczony dziennikarz. Cechą tą jest prawda, dziennikarska rzetelność, wiarygodność.

Po zapoznaniu się z cytowanymi materiałami, odniosłam głębokie przekonanie graniczące z pewności, że pan Blumsztajn co innego widzi, co innego słyszy a dodatkowo co innego pisze. Czy w swej lewicowości zapędził się tak daleko, że zasadę dialektyki marksistowskiej stosuje także pisząc swe teksty dziennikarskie? Czy oprócz ukazanych powyżej dwóch prawd, stosuje może też jakąś trzecią, przeznaczoną już tylko wyłącznie na kolegium redakcyjne?
Dokonajmy przeskoku o kilka dni naprzód i ze spotkania 14.10.2010 z organizatorami blokady – w tym także Antifą – w Krytyce Politycznej, powróćmy do tekstu „Nasze ulice” opublikowanego w GW 19.11.2010:
–„Pytałem
[na spotkaniu w KP; Sekunda] o mowę nienawiści, która pojawiła się na blokadzie, tłumaczyłem, że niektóre symbole lewicy, jak np. sierp i młot, są znacznie bardziej zbrodnicze niż sztandary ONR.”– mówi redaktor.
Antifa jednak nie wzięła sobie napomnień Blumsztajna do serca i na swych stronach internetowych zamieściła oświadczenie, które wręcz sam pan redaktor określił iż „brzmi niemal jak deklaracja Czerwonych Brygad”. Zapewne dla pana redaktora były to jednak  nie liczące się w ogólnym rozrachunku drobiazgi, skoro w swym tekście gładko konstatuje „bilans wstępny gwizdania nie jest wbrew pozorom najgorszy” , a cały tekst kończy nadzieją iż do przyszłego roku może uda się ponownie skleić „sojusz kolorowej lewicowej menażerii z »neoliberalnymi mediami« oraz »postępową klasą średnią«” i zaprotestują wówczas razem przeciw biedzie, wykluczeniu, ksenofobii i homofobii:
–„Pójdziemy pod biało-czerwoną flagą i czerwoną też, tylko bez sierpa i młota. Może na taki marsz przyjdą również chłopcy z Antify z odsłoniętymi już twarzami. I nie będziemy się już oglądać na narodowców. Po prostu się policzymy – kogo jest więcej” – dodaje na zakończenie artykułu.

ciąg dalszy

Seweryn Blumsztajn podczas rozdawania gwizdków po stronie blokujących. Warszawa 11.11.2010
[11.11.2010 Warszawa, Seweryn Blumsztajn rozdający gwizdki podczas blokady]

Gdzie jest kasa?

Trwa odsysanie naszych pieniędzy, przeznaczonych na emerytury. Właśnie dowiedzieliśmy się, że:

Z kont emerytalnych w ZUS zniknęło ponad 8 mld zł…
Znikły środki emerytalne należące do osób, które pobierały rentę i zmarły, nie dożywszy emerytury. Po śmierci uprawnionych, zawartość należących do nich kont emerytalnych powinna zostać przeniesiona na fundusz rentowy, ale tego nie zrobiono.

˙

Natomiast kilka miesięcy temu, pojawił się pomysł by:

200 mld zł z naszych oszczędności z II filaru przeznaczyć na rozwój kraju. Z ponad 235 mld zł zgromadzonych do tej pory przez OFE, 83 mld zł jest zainwestowanych na giełdzie.

˙

„Sprywatyzowano” około 80-90% majątku polskiego. Kasa uzyskana za to… rozpłynęła się. Kończy się też towar do sprzedaży, źródełko w postaci polskiego majątku trwałego wysycha.
Polityka pijaka sprzedającego meble, sprzęt AGD z mieszkania stanie się zaraz niemożliwa bo mieszkanie jest prawie puste. Pijak przepija także pieniądze przeznaczone na przyszłość swych dzieci (vide sięgnięcie do rezerwy demograficznej, która miała być uruchomiona za około 20 lat).
Zadałam sobie trud podsumowania ile Polska uzyskała ze sprzedaży majątku od początku przemiany ustrojowej.

Dane na temat przychodów z prywatyzacji, dostępne są dla wszystkich zainteresowanych pod adresem Ministerstwa Skarbu Państwa.
Od 1989 do 2010 roku, z tytułu prywatyzacji, wpłynęło w postaci przychodu około 130 mld pln.
Porównajmy – w Otwartych Funduszach Emerytalnych z naszych składek uzbierało się od początku istnienia tych struktur, czyli 1999 roku – 235 mld pln. Z całej prywatyzacji od 1989 roku, wpłynęło do kasy państwa około 130 mld pln.  Gdy zestawimy te dwie wartości (wiem, że to nieuprzejme z mojej strony wobec państwa, że szastam wiedzą matematyczną zdobytą dzięki niemu), okazuje się że mogliśmy być faktycznymi właścicielami/udziałowcami całego naszego sprywatyzowanego majątku, a zostałoby jeszcze około 100 mld na jego unowocześnienie oraz doinwestowanie, rozwój.
Co mamy w zamian tego? Posiadamy nędzne pozostałości po dawnym majątku Polski, przeszło 900 miliardów złotych długu, przeszło 40 miliardów rocznie odsetek od tegoż długu oraz perspektywę na emeryturę, o której członek rządu mówi:

Muszę panią zmartwić, bo ja nie za bardzo wierzę w państwowe emerytury – odparł z rozbrajającą szczerością Waldemar Pawlak. – Staram się zabezpieczyć sobie przyszłość przez oszczędności i dobre relacje z dziećmi, bo wydaje mi się, ze to będzie pewniejsze niż te różne państwowe chimeryczne rozwiązania – dodał uśmiechnięty.

Manifa w obronie rzetelności dziennikarskiej

Od 2000 roku, ulicami Warszawy przechodzi w marcu pochód środowisk kobiecych, noszący nazwę Manifa.

Organizowana jest ona przez Nieformalną Grupa „Pozrozumienie Kobiet 8 Marca”, która zawiązała się, gdy prasę obiegła wieść o najściu policji na gabinet ginekologiczny w Lublińcu.

Stopniowo, idea zapoczątkowana w Warszawie rozeszła się na cały kraj i obecnie Manify odbywają się w kilku miastach. Wśród komitetów organizacyjnych Manif są następujące organizacje: Młodzi Socjaliści; Ruch Poparcia Palikota; Kampania Przeciw Homofobii; Krytyka Polityczna; Partia Kobiet; Zieloni 2004 (źródła informacji #1; #2; #3).

W 2006, organizatorki wystosowały:

LIST OTWARTY ZWIĄZKÓW ZAWODOWYCH DO MEDIÓW
Popierając wolność mediów jednocześnie postulujemy, żeby wolność ta nie szła pod prąd rzetelności. Dotkliwie odebrałyśmy niemal całkowite pominięcie przez niektóre media tematu zapowiadanego przez organizatorki, jako jeden z ważniejszych. (..) Pomijanie obecności związków zawodowych na 5 marcowej manifestacji wpisuje się w tendencję do ignorowania przez media, mniej atrakcyjnych, a nie mniej ważnych, ekonomicznych problemów kobiet. [ŹRÓDŁO]

Pod apelem, podpisały się między innymi:

Dr hab. Magdalena Środa, Instytut Filozofii UW, Pełnomocnik ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn w Rządzie M. Belki
Prof. Katarzyna Rosner (Instytut Filozofii i Socjologii PAN i Collegium Civitas)
Prof. Małgorzata Fuszara (ISNS UW)
Prof. Aldona Jawłowska (ISNS UW)
Dr hab. Anna Titkow (Instytut Filozofii i Socjologii PAN)
Dr Bożena Umińska (ISNS UW)
Dr Kinga Dunin
Wanda Nowicka

[ŹRÓDŁO]

Osoby pamiętające Marsz Niepodległości 2011 lub interesujące się środkami przekazu, doskonale wiedzą jak wyglądał temat relacji z tego marszu oraz jakie przedmioty odnaleziono w lokalu Krytyki Politycznej. W relacjach z Marszu Niepodległości, nie został zafałszowany fragment przekazu, lecz jego całość. Czy wymienione osoby nie mają nic do powiedzienia w tym temacie? Nie odezwą się w ramach obrony pluralizmu mediów oraz rzetelności ich przekazu?

–♦–

Ps. Tegoroczny plakat reklamowy, przy wykonywaniu którego pomysłodawczyni zapewne kierowała się graficznym ukazaniem odwrotności hasła „Bóg, honor i ojczyzna”, uważam za nikczemny. No ale zapewne wykonawczyniom o taki efekt chodziło.
Pewne środowiska prowadzą coraz głębszą, negatywną eksplorację tematów związanych z polskością.